powrót do strony głównej

powrót | galeria | podziękowania

 

Józef Bieniek

LORD ZNAD DUNAJCA

Aby posiadać najwyższy w hierarchii społecznej Wielkiej Brytanii tytuł lorda - niekoniecznie trzeba urodzić się w książęcym zamku. I właśnie chciałem wspomnieć o kimś, kto urodził się nad Rabą, a w Nowym Sączu, za wysoki blask Człowieczeństwa, nobilitował się do rangi lorda. Bez dokumentacji rodowej, nie w wyniku kpin i złośliwych insynuacji, ale ze względu na ogromny zespół maksymalnych wartości kulturowych, intelektualnych, zawodowych, społecznych i moralnych, jakie w tym wypadku miały miejsce. Dostrzeżone i podsumowane przez serdecznych przyjaciół - ujawniły się określeniem: szczytowy okaz Lorda!.

Ale do rzeczy.

Dr praw Roman Sichrawa urodził się 22 VII 1869 r. w Myślenicach, jako syn Franciszka i Wilhelminy z Druotów. Młode lata spędził w Tarnowie, gdzie jego ojciec, z wykształcenia inżynier, pracował na kierowniczym stanowisku w Starostwie Powiatowym.

Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości w tarnowskim Gimnazjum im. Brodzińskiego - podjął studia prawniczo-administracyjne na UJ w Krakowie. Pracę z dziedziny prawa i administracji obronił 22 VII 1895 r. Tego samego dnia założył rodzinę, biorąc za żonę Annę Benoni, gwiazdę myślenickiej galerii płci pięknej. Za rok złożył „egzamin ze studiów małżeńskich" w postaci narodzin córki, dwojga imion: Stefania - Romana.

Narodziny miały miejsce w Nowym Sączu, z czego wynika, że Sichrawa zaraz po studiach osiedlił się w sądeckim grodzie, Rynek 10, w domu uzyskanym drogą rodzinnego spadku, gdzie prowadził kancelarię adwokacką i mieszkał do śmierci. Związki familijne Sichrawów z Nowym Sączem nie zostały ustalone.

Młody prawnik, nie traktował swego zawodu z adwokacką pazernością. W jego naturze ta cecha leżała w granicach życiowych konieczności. Natomiast pasją naczelną, w szerokim i nadrzędnym znaczeniu, była działalność społeczna, której pozostał wierny do końca życia. Niełatwego życia, skoro los rozmieścił je w kilku mniej lub więcej skomplikowanych etapach: zabór austriacki, I wojna światowa, ruchliwy i bogaty w efekty okres lat międzywojennych i najtrudniejszy „czas pogardy": lata 1939-1945.

Spójrzmy więc na piękny żywot, biegnąc zapisami przez poszczególne etapy losu. Tu jednak potrzebna jest króciutka charakterystyka dra Sichrawy. Był to bowiem ten rzadko spotykany typ społecznika, który działalność publiczną traktował jako swoistą misję, wkładając w podjęte obowiązki wszystko, co b­ło dla niego najdroższe i najświętsze. Cechą spójną dla całości postaci mecenasa były wygląd i sposób bycia: ogromny ładunek intelektu uzupełniała kultura osobista, powaga i spokój oraz iście lordowska dostojność i szlachetność.

Nigdy nie wyciągnął ręki po funkcję, choćby najzaszczytniejszą. Była mu obca jakakolwiek manipulacyjność czy nachalność, chęć błyszczenia i rządzenia. Nie dysponował tym, co dziś nazywamy siłą przebicia; suma intelektu i subtelnej kultury, którymi emanował powodowały, że kolejne awanse społeczne przychodziły jako nagroda za piękne człowieczeństwo, jako wyraz zaufania, szacunku i uznania.

Ale trzeba także stwierdzić, że wymienione wyżej cechy miały również zgoła negatywne wymiary: opóźniając osiąganie poważniejszych stanowisk Sichrawa nie wyeksploatował w pełni swych możliwości i nie dał z siebie tyle, na ile było go stać.

Wróćmy jednak do początków. Pierwszym dokumentem, który ukazuje nam Sichrawę w gronie aktywu społecznego, jest fotografia z uroczystości odsłonięcia i poświęcenia pomnika Adama Mickiewicza na Plantach w Nowym Sączu, dnia 4 XII 1898 r. Na zdjęciu widzimy Sichrawę w mundurze członka Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół", co wyraźnie określa jego postawę, skoro wiemy, że sądeckie gniazdo „Sokoła" gromadziło element stanowiący czołową warstwę inteligencji różnych branż, a także znakomitszych kupców, przemysłowców i rzemieślników.

Kolejne zdjęcie, na którym widzimy dra Sichrawę, pochodzi z 1900 r. Przedstawia grupę kolarzy, zmożoną w ramach „Sokoła" w 1894 r. W składzie kierownictwa Sichrawa pełnił funkcję zastępcy przy boku Romana Pisza. Był to „awans" raczej honorowy. Młody prawnik bowiem, zajęty „rozruchem" kancelarii adwokackiej - kolarstwem się specjalnie nie interesował. Mimo to w okresie późniejszym kierownictwo sekcji dostało się w ręce Sichrawy.

Właściwe zainteresowania Sichrawy ukierunkowane były na problematykę odpowiadającą jego głębokiej i wszechstronnej wiedzy z zakresu prawa, administracji, humanistyki i etyki. Stąd fakt, że gdy w 1898 r. lwowscy działacze założyli w Nowym Sączu Oddział Uniwersytetu Ludowego - Sichrawa był jednym z jego założycieli, zajmując w aktywie kierowniczym poczesne miejsce.

Wzmiankę o tym znajdujemy delektując się lekturą pożółkłych kart dekadówki „Sądeczanin", z dnia 15 VI 1902 r., gdzie czytamy, że dr Sichrawa wygł­sił znakomity wykład pt. „0 Sienkiewiczu" oraz że został on wybrany delegatem na Walny Zjazd Uniwersytetów Ludowych we Lwowie.

Uniwersytet Ludowy stał się dla Sichrawy wymarzonym frontem działa­nia, choćby przez możliwość pokazania swych oratorsko-merytorycznych talentów. Okazji, a miał ich sporo, nie zmarnował, wygłaszając w ramach sekcji odczytowej cykl świetnie opracowanych referatów i pogadanek.

Te właśnie krasomówcze zdolności zwróciły uwagę autorytetów miejskich na młodego prawnika. Już w 1904 r. został powołany w skład Rady Miejskiej. Ale jakieś niezbadane bliżej okoliczności sprawiły, że sprawa się wlokła: Sichrawa uczestniczył, radził i głos zabierał, ale długo jakby na prawach „wolnego słuchacza". Dopiero 14 XI 1907 r. otrzymał oficjalny mandat radnego, złożył przysięgę i od grudnia zaczął właściwą pracę w Radzie, wiążąc się z kręgiem władz miasta na całą resztę życia.

Cofnijmy się jednak trochę, aby utrzymać chronologię Sichrawowego wątku. Otóż w 1903 r. powstało w Nowym Sączu Towarzystwo Pomocy Przemysłowej (TPP). Założycielem i pierwszym prezesem TPP był jeden z czołowych działaczy miejskich, farmaceuta mgr Stanisław Nowakowski. Dr Sichrawa, któremu bardzo odpowiadała idea pomocy dla katolickiego przemysłu i handlu, mimo że antysemitą nie był nigdy, wprowadził się bezzwłocznie na podwórko Nowako­skiego, pomagając mu w pracy, a w 1909 r. przejmując po Nowakowskim funkcję prezesa.

Jak długo prezesował i jakie osiągnął efekty - nie dało się ustalić. Ale chyba nie było tego za długo i za wiele, bo nie zachowały się żadne wzmianki na ten temat.

Poza pracą w kancelarii i udziałem w rozprawach sądowych - uczestniczył w różnego rodzaju organizacjach i na różnych funkcjach, często w charakterze zwykłego członka, zgodnie z zasadą „niepchania się", uważając, że w danej sytuacji zespół kierowniczy winien się składać z ludzi posiadających odpowiednio ustawione pasje i zainteresowania.

Typowym przykładem takiego stanowiska Sichrawy było powstałe w 1906 r. Towarzystwo Tatrzańskie „Beskid". Należał do grona założycieli, ale proponowanej funkcji przewodniczącego nie przyjął, zadowalając się udziałem w Komisji Rewizyjnej.

To zresztą było w postawie Sichrawy charakterystyczne: nie gromadził nadmiaru kierowniczych stanowisk, aby mieć siły i czas na rzetelne wykonywanie tych, które mu koniecznie przyjąć wypadło.

I chyba tym tłumaczyć można paroletni okres swoistej „absencji" społecznej, który zaznaczył się u Sichrawy wyraźnie w latach 1910-1915. Jest to tym dziwniejsze, że był to właśnie czas wyjątkowo aktywnej postawy ze strony większości działaczy reprezentujących władze miasta i jego inteligencję. Głównie na obszarze ruchów o charakterze niepodległościowym.

Grzebiącemu się w dokumentach tamtego czasu, raz po razie włażą w oczy zespoły tych samych nazwisk: burmistrz Barbacki z żoną, inż. Cyło, dr Dudziń­ski z żoną, bracia Małeccy, prof. Kosiński, inż. Wojtyga, Benisz i inni, twórcy Związku Czynu Zbrojnego, Związku Strzeleckiego, X Drużyny Strzeleckiej, drużyn Sokolich i Bartoszowych czy skautingu. O Sichrawie w tego typu działalności szerszej wzmianki nie ma. Jedynie w pracy dra Jana Krupy znajdujemy zapis wymieniający Sichrawę wśród osób opłacających składki członkowskie w takich organizacjach, jak: Komitet Kobiet Polskich, Powiatowy Komitet Narodowy i Polska Organizacja Wojskowa.

Z innych źródeł dowiadujemy się, że polityczne uwarunkowania Sichrawy oscylowały w stronę Towarzystwa Demokratycznego. I to w sposób zaawansowany, skoro wchodził w skład Rady Naczelnej TD we Lwowie.

Na wyraźny ślad Sichrawy trafiamy dopiero pod koniec 1914 r. W listopadzie, tuż przed zajęciem Nowego Sącza przez wojska rosyjskie, władze austriackie ewakuowały urzędy, poważniejsze instytucje i przedsiębiorstwa. W ramach ewakuacji opuścił miasto na pewien czas także burmistrz dr Władysław Barbacki

19 listopada wojska rosyjskie zajęły Nowy Sącz. Utartym zwyczajem władze miejskie musiały oddać „zdobywcom" klucze miasta. Obowiązku tego, w miejsce nieobecnego burmistrza, dokonał Sichrawa, co, sądząc po jego dynamicznej polskości, przyjemności mu nie sprawiło.

Ale trzy tygodnie później, 13 XII 1914 r., kapryśny wojenny los przyniósł Sichrawie pełną satysfakcję. Tego dnia bowiem do opuszczonego przez Rosjan miasta weszli legioniści, z brygadierem Józefem Piłsudskim na czele. I znów akt wręczenia kluczy przypadł w udziale Sichrawie, który z racji 10 lat przepracowanych w Radzie Miasta - reprezentował i burmistrza, i Radę. Tym razem aktowi wręczenia towarzyszył olbrzymi entuzjazm, radosne okrzyki i śpiewy licznie zgromadzonych obywateli miasta i powiatu.

W latach 1915-1916 nad nazwiskiem Sichrawy zaległa cisza. Żył i działał, głównie w Radzie Miasta i w „Sokole", należał do kilku komitetów i organizacji, ale cicho i dyskretnie, często na prawach zwykłego członka - szeregowego.

Pewne ożywienie, z akcentami wystąpień publicznych, zauważamy dopiero pod koniec 1917 r. Powodem głównym była stuletnia rocznica śmierci Tadeusza Kościuszki, którą „Sokół" uczcił w szczególnie uroczysty sposób. Głównym punktem programu było przemówienie dra Sichrawy, wygłoszone z właściwym mu kunsztem oratorskim, pełnym egzaltacji i superpatriotycznego patosu.

Kolejne, odnotowane przemówienia słynnego z „dobrej gadki" mecenasa, miały miejsce już w wolnej Polsce: 23 marca w Nowym Sączu i 6 kwietnia 1929 r. w Starym Sączu, w salach „Sokoła". Miały one formę manifestu społecznego z racji wejścia Polski do grona narodów wolnych. Obydwa też zostały opublikowane w broszurce pt. Dla ludu i do ludu, wydanej w drukarni Romana Pisza.

Tego samego roku, po wielkiej rozróbie, jaka towarzyszyła wyborom do władz miasta, dr Sichrawa został wybrany na zastępcę burmistrza przy boku znanego kupca i społecznika, Wiktora Oleksego. Czy nie był jeszcze na tyle znany, aby przewagą głosów zdobyć tytuł burmistrza, czy też była to sprawa rozgrywek politycznych, których Sichrawa nie cierpiał, czy po prostu wspomniana już subtelna dostojność jego osobowości, polegająca przede wszystkim na „niewpychaniu się" po tytuły i urzędy?

Zresztą władza, choć nie szukana, i tak się dostała w ręce Sichrawy. Dwa lata później. Ale wcześniej był rok 1920 i wojna z bolszewikami. Sokole Gniazdo zaapelowało do społeczeństwa wzywając przede wszystkim członków „Sokoła", aby na prawach ochotniczego zaciągu poszli na front bronić ledwo co odzyskanej wolności.

Sichrawie akurat minęło 50 lat, wiek odpowiedni do „strzelania" papierkami zza biurka. Ale burmistrz, ogarnięty falą patriotycznej euforii, zgłosił się do wyjazdu na front, aby bronić ukochanej Ojczyzny przed „czerwoną zarazą".

Urzędujący aktualnie prezes „Sokoła", dr Stanisław Flis, zdołał jakoś wytłumaczyć siwiejącemu zapaleńcowi, że miasto i jego sprawy to także front. Kule się tu wprawdzie sypać nie będą, ale jeśli się posypią mądre zarządzenia i decyzje - to miasto swoją wojnę z bezmiarem trosk i kłopotów wygra.

Zrezygnował więc Sichrawa z frontowych aspiracji, wysyłając pod Kijów syna Mieczysława, rocznik 1898. Sichrawa - junior, Virtuti Militari wprawdzie nie zdobył, ale wyposażony w talenty literackie, patrząc na wojnę bystrymi oczyma, przywiózł bogactwo przeżyć i obserwacji, które wykorzystał pisząc dwie książki: Jak to na wojence ładnie oraz Za Naszą i Waszą Wolność, publikując je w odcinkach na łamach „Głosu Podhala".

Tymczasem dr Sichrawa został w 1920 r. wybrany prezesem Klubu Sportowego „Sandecja". Mecenas wprawdzie nie biegał, nie kopał i nie skakał, ale głosy poszły na niego, bo wypadało: mądrze rządził, pięknie przemawiał i dostojnie wyglądał. Jak Lord.

Rok 1921 był dla Sichrawy rokiem przełomowym: zaczął się „dowartościowywać" i nie unikać proponowanych mu funkcji nadrzędnych. Najpierw na skutek jakichś kombinacji w strukturze administracyjnej powołano do życia urząd Komisarza Rządowego. Został nim, pełniący aktualnie funkcję burmistrza, dr Sichrawa. Na całe 6 lat. Jakie były dokonania Komisarza Rządu w latach 1921­1926 - trudno ustalić. Ale chyba nie małe, skoro w 1927 r. Rada Miasta i Zarząd Miejski - powierzyły Sichrawie przywrócone znów do życia stanowisko burmistrza, które sprawował do 1933 r.

A kiedy w 1933 r. nazwę burmistrza awansowano do miana Prezydenta - Sichrawa znowu zszedł z ekranu, a prezydentem został farmaceuta, mgr Stanisław Nowakowski. Nie długo, bo kiedy nad polskim niebem pojawiły się chmurki w kształcie swastyki - spryciarz Nowakowski złożył rezygnację, a na prezydencki fotel wojewoda krakowski wprowadził dra Sichrawę. Z dniem 1 IX 1939 r. Trafił!

Wróćmy jednak do 1921 r., gdy przed Sichrawą otwarły się wreszcie furtki poważnych awansów. O komisarsko-burmistrzowskich już wspomnieliśmy. Pora na najbardziej spóźniony wzlot „sokoli".

Najbardziej spóźniony? Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. Bo skoro widzimy Sichrawę w szeregach „Sokoła" już w 1898 r. - to nadanie mu godności prezesa po 22 latach służby wygląda co najmniej dziwnie. Skoro jednak, lepiej późno, niż nigdy - uznajmy moment wyboru w dniu 13 V 1921 r. za fakt historyczny i dodajmy, że było to prezesowanie trwające pełne 10 lat, do przekazania tej funkcji w 1931 r. w ręce serdecznego kolegi Bolesława Barbackiego.

Lata „sokolego" prezesowania przypadły na okres, gdy w jego zawodowym życiu nastąpiły zmiany na lepsze. Akurat syn Kazimierz ukończył studia prawnicze i po krótkiej aplikanturze otworzył kancelarię własną, prowadząc równocześnie gabinet prawniczy swego ojca, Sichrawa junior, zdolny prawnik, opromieniony sławą swego ojca - rozkręciwszy interes adwokacki na „dwie korby", zapewniał ojcu dwie sprawy o zasadniczym znaczeniu: podstawy egzystencji i wolny czas.

Teraz właśnie, wbrew dawnym zwyczajom, nie stronił od podejmowania różnych funkcji społecznych: prezesur, zastępstw i członkostw poważniejszych instytucji, związków i organizacji. Widzimy go więc w Towarzystwie Kasy­nowym, Kasie Oszczędności, Kasie Zaliczkowej, Lidze Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej, w Towarzystwie Przyjaciół Harcerstwa i w wielu innych Komitetach.

Wytrawny mówca, reprezentujący wyglądem szczyt powagi i dostojeństwa - ciągle kogoś witał i żegnał, a wśród licznego grona znakomitych gości: Marszałka Józefa Piłsudskiego, Marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, a 28 X 1928 r. samego Prezydenta Najjaśniejszej, prof. Ignacego Mościckiego, który przybył do Nowego Sącza na zaproszenie władz cywilnych i wojskowych z okazji 10­lecia istnienia 1. Pułku Strzelców Podhalańskich i wręczenia pułkowi ufundowanego przez społeczeństwo miasta i powiatu - sztandaru.

Tego też dnia nadszedł czas, w którym po prawie trzydziestu latach harówki społecznej władze zdołały dostrzec, ocenić i nagrodzić trud dra Sichrawy. Dowiadujemy się o tym z artykułu zamieszczonego w „Kurierze Podhalańskim" Nr 44, z dnia 28 października 1928 r., w którym czytamy:

„W czasie pobytu Pana Prezydenta Rzeczypospolitej w Nowym Sączu odbyła się w Starostwie dekoracja Krzyżem Oficerskim Polonia Restituta prezydenta miasta Nowego Sącza Dr Romana Sichrawy. Dekoracji dokonał wojewoda krakowski p. Darowski w asystencji starosty nowosądeckiego Dr Typrowicza. " No i wreszcie sprawiedliwości stało się zadość!

Lata dwudzieste w ogóle były dla Sichrawy okresem narastania zadań i tytułów. Już w 1920 r. chęć pójścia na front bolszewicki przełożył na język zgodny z wiekiem i przyjął bardzo odpowiedzialną funkcję prezesa Powiatowego Komitetu Obrony Państwa. Równocześnie widzimy go jako prezesa Rady Nadzorczej Kasy Zaliczkowej, to znów jako dyrektora Kasy Oszczędności, wiceprezesa Towarzystwa Kasynowego, w Radzie Szkolnej, czy Komitecie Parafialnym... A wszędzie w czołówce.

Obowiązki zaś mnożyły się bezustannie. Np. w dniu 15 XII 1926 r. przyjął któreś z rzędu stanowisko Przewodniczącego Komitetu Odbudowy Zamku Królewskiego. Z odbudową Zamku powiązały się niespodziewanie prace związane z organizowaniem Muzeum Etnograficznego, czym zajmowali się dwaj pasjonaci: Romuald Reguła i Roman Szkaradek, lokując gromadzone eksponaty w komnatach odnowionej części zamku.

Latem 1939 r., gdy od zachodu czuć było coraz wyraźniej trupi zapach swastyki - obydwaj twórcy muzeum uporządkowali zbiory i klucze od poszczególnych sal przekazali w ręce Sichrawy. Nie z tytułu władzy - prezydentem był mgr Nowakowski - ale jako osobie wybitnie zasłużonej dla odbudowy zamku.

O krasomówczych zdolnościach Sichrawy wspominaliśmy wielokrotnie. Trzeba więc dodać, że był on także świetnym publicystą, drukując na łamach „Głosu Podhala", od chwili jego zaistnienia w 1928 r. do 1939 r., szereg prac z zakresu prawa i ekonomii.

Będąc burmistrzem dbał bardzo o rozwój bibliotekarstwa, dotując w miarę możliwości wciąż chudego budżetu istniejące lub powstające biblioteki, względnie przekazując partie książek ze zbiorów własnych. Np. w lipcu 1930 r. zasilił hojnym darem powstającą właśnie bibliotekę Sądeckiego Oddziału Związku Legionistów.

Dorobek Sichrawy w służbie społecznej był niewątpliwie bardzo duży i wieloraki. Ale główne jego efekty wpisać trzeba na dwa konta: udział w Radach Miasta i jego władzach trwający od 1904 r. do śmierci, oraz uczestnictwo w różnych formach działalności Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół", trwający z różnym nasileniem od 1892 r. do września 1939 r.

Wśród zebranych relacji są i takie, które twierdzą, że podstawą uzyskania przez Sichrawę efektów były jego wyjątkowe zdolności organizacyjne, inteligencja i kultura osobista.

Niewątpliwie osobowość Sichrawy miała rzadko spotykany wymiar. Ale nie tylko z niej wyrastała wielkość jego dorobku. To była suma wysiłku zbiorowego. Tak się bowiem złożyło, że w tamtych latach, w kręgu dyspozycyjnym Sichrawy znalazło się grono wybitnych specjalistów różnych branż, a zarazem gorących patriotów i równie gorących entuzjastów społeczno-ojczyźnianego czynu.

W budownictwie np. wybijali się wiedzą, talentami organizacyjnymi inż­nierowie: Kazimierz Górski, Walenty Cyło, Remiowie - ojciec i syn, Józef Wojtyga i garstka innych, których wysiłkiem miasto rosło w europejskim tempie i stylu. Rola Sichrawy polegała na inspiracji, akceptacji i zabiegach o środki finansowe.

Podobnie układała się sytuacja na pozycjach „Sokoła". Sichrawa słynął z tego, że miał szczęście do ludzi. Ujawniło się to ze szczególną siłą właśnie w okresie prezesowania „Sokołem". Szczęście to polegało na tym, że zastępcą Sichrawy przez całe 10 lat włodarzenia „Sokołem" był prof. Piotr Kosiński. Co to znaczyło? Jeśli się mówi, że ktoś był dla kogoś prawą ręką- to Kosiński dla Sichrawy był obydwiema rękami, kawałkiem serca, duszy i rozumu.

W zebranych relacjach jest np. mowa, że za prezesostwa Sichrawy budynek „Sokoła" został odremontowany i zyskał nadbudowę I piętra. Z nadbudową związki Sichrawy będącego równocześnie burmistrzem - są najbardziej oczywiste. Inaczej wygląda sprawa z remontem i wątpię, czy Sichrawa znał w tym wypadku całą prawdę. Kiedy bowiem zauważono ogromne zniszczenia ścian fundamentowych, wezwano komisję ekspertów, która jednogłośnie stwierdziła, że w aktualnym stanie budynek nadaje się do... rozbiórki.

Po chwilowym szoku - sprawę przejął w ręce Kosiński. Wbrew kategorycznym opiniom fachowców, po cichej naradzie ze starym mistrzem murarskim, postanowił wydać wojnę grzybowi i ratować skazany na „śmierć" budynek.

Akcję zorganizował systemem na poły konspiracyjnym i z grupą druhów, podobnych jemu zapaleńców - zaczął. Trzeba było odkopać ściany fundamentów, wywieźć ziemię poza budynek, wymienić zniszczone grzybem odcinki murów, założyć nową izolację z dwóch warstw papy i lepiku, a w końcu przywieźć wyrzuconą ziemię i zasypać wykop. Trzeba dodać, że w robotach brał Kosiński bezpośredni udział, wywożąc i zwożąc setki taczek ziemi i gruzu.

W sumie, dzięki wielomiesięcznej ciężkiej pracy zespołu Kosińskiego, wbrew zdecydowanie negatywnym opiniom fachowców, budynek wrócił do „zdrowia" i można było zająć się nadbudową piętra, którą zaprojektował i przeprowdził inż. Józef Wojtyga.

Podobnie wyglądała sprawa zakupu parcel z przeznaczeniem na boisko sokolego sportu. Parcele te „wyłaził" także Kosiński, płacąc za nie dochodami uzyskanymi z działalności zorganizowanego i kierowanego przez siebie kina „So­kół". Dziełem prezesa Sichrawy była akceptacja pomysłów Kosińskiego i staranie w Radzie Miasta o przydzielenie „Sokołowi" wybranych przez Kosińskiego parcel. Było więc tak, jak zawsze i wszędzie: jeden rządził, a drugi harował. Ale właśnie taki styl pracy i współpracy - daje zawsze najlepsze wyniki.

W „Sokole" zresztą taki stan rzeczy utrzymał się do końca: gdy w 1933 r. rządy przejął Barbacki - inspiratorem stu pomysłów i motorem ich wykonania pozostał nadal „Piotruś", prof. Kosiński.

6 września 1939 r. oddziały niemieckiej 2. Dywizji Górskiej wkroczyły do Nowego Sącza. Dr Sichrawa piastujący od 1 września stanowisko Prezydenta miasta, z pękającym z bólu sercem, ale z niezachwianą godnością lorda, musiał oddać klucze grodu nowym władzom. I tak się zaczął prezydenckiej Golgoty dzień pierwszy.

Wcześniej zdołał wykończyć resztę prac ewakuacyjnych, ale sam nie ruszył z miasta na krok. Tkwił tu, jak kapitan tonącego okrętu, organizując pomoc dla tysięcy „uciekinierów" z zachodnich rejonów kraju, którzy opętani dzikim strachem pędzili na wschód. W końcu września nawiedziły miasto karawany powracających, znów przysparzając Prezydentowi niemało kłopotów i trosk. Wygłodzeni, porażeni klęską, zmaltretowani fizycznie i psychicznie - potrzebowali elementarnej pomocy lekarskiej, kwaterunkowej i żywnościowej.

Na szczęście w tych trudnych dniach Sichrawa nie pozostał sam. Z pomocą przyszło grono działaczek charytatywnych, wypróbowanych ideowo jeszcze w latach I wojny światowej oraz grupa Pogotowia Harcerek - obejmując samarytańskim zasięgiem miłosierdzia wędrującą przez miasto biedotę.

Pierwszą dekadę września miastem rządził wiedeński prawnik, kpt. Behrens. Sichrawa natomiast zajął się organizowaniem Zarządu Miasta, powołując do życia poszczególne jego komórki i kompletując rozpędzoną wojennym gwałtem załogę.

Już 9 września okupant utworzył Komisaryczny Zarząd Miasta, pozostawiając Sichrawę na stanowisku burmistrza. Czasowo, bo któregoś października zjechał do Nowego Sącza dr Hein z nominacją na Stadtkommissara. W zaistniałej sytuacji tytuł Prezydenta przestał mieć moc prawną i Sichrawa wrócił do pozycji burmistrza, jako polski zastępca dra Heina i jego kolejnych następców: dra Fryderyka Schmidta, dra Mullera i dra Heinischa.

Jako zastępca Stadtkommissara miał uczestniczyć w rządzeniu miastem w oparciu o Radę Miejską. Nic jednak z tego nie wyszło, gdyż organ ten, zamieniony na Radę Przyboczną, istniał na papierze: nie odbyło się w ciągu pięciu lat wojny ani jedno zebranie i nikt się jej w jakiejkolwiek sprawie nigdy nie zapytał.

Wrześniowe wydarzenia spowodowały także przerwę w działalności adwokackiej. Obydwie kancelarie Sichrawów przez wrzesień świeciły pustką. Małymi „kryminałkami" zajęła się Policja Polska, dla spraw poważniejszych zaistniały nowe rygory, wprowadzone przez Geheime Staatspolizei (gestapo) i żandarmerię. Prawnikom pozostały sprawy rodzinne i majątkowe, a zwłaszcza wiecznie na wsi żywe kwestie miedz i granic.

Ale przewracanie prawa życia na dłuższą metę jest niemożliwe. Toteż już z dniem 1 października obydwie kancelarie Sichrawów otwarły podwoje i rozpoczęły normalną działalność, pod wspólnym kierowaniem Sichrawy juniora, przy pomocy sekretarek: Janiny i Józefy Stefaniszyn.

W obydwu kancelariach leżało sporo spraw wniesionych przed wybuchem wojny. Aktualnie zaczęły napływać nowe, ściągane sławą oratorskich zdolności Sichrawy - ojca, oraz przeświadczeniem, że pozycja urzędowa dra Sichrawy będzie elementem decydującym o wygraniu danej sprawy.

Ale anormalny czas nie pozwolił na normalną pracę, stawiając ojca i syna wobec zadań nie mających z prawem nic wspólnego, a raczej stawiając obydwu daleko poza „prawem", którym rządził się okupant.

Zaczęło się to typowo, jak w setkach tego rodzaju akcji: od starych znajomości. Któregoś dnia w pierwszej dekadzie października zjawiło się w kancelarii Kazimierza Sichrawy trzech kolegów z lat wspólnych studiów na UJ, aktualnie oficerów WP.

„Słuchaj Kaziu - zaczęli - nie będziemy ci opowiadać patriotycznych dyrdymałek, ale od razu „kawę na ławę". Chcemy dostać się do Budapesztu, bo tam podobno polskie poselstwo i ataszat - organizują wyjazdy do polskiego wojska we Francji. Na pewno, jako łazik beskidzki masz w rejonie pogranicza kolegów i znajomych, skieruj więc nas na adres kogoś, kto by nam pomógł przeskoczyć granicę i wskazał dalszą drogę... "

Moment namysłu i odpowiedź:

„Dobrze, zrobi się. Ale chłopcy, to nie sklep, w którym można zdjąć z półki żądany towar, podać klientowi i.., do widzenia. Na razie zamieszkacie u Sichrawów, a ja porozmawiam z ojcem i za dzień, dwa - ruszycie w drogę. "

Rozmowa z ojcem odbyła się tego samego wieczoru. Kosztowała burmistrza nieprzespaną noc, strawioną na obmyślaniu sposobów przyjścia z pomocą nowej fali wędrowców, której zapowiedź widział w trójce śpiących w sąsiednim pokoju kandydatów do... buławy marszałkowskiej.

Owocem nieprzespanej nocy była decyzja: trzeba zorganizować coś, co mogłoby nosić nazwę „Komitet Pomocy Uchodźcom". Bo Sichrawa zaczynał wszystko od nazwy, co nie było niczym dziwnym, skoro się od 30 lat tkwiło i działało w różnego rodzaju związkach i stowarzyszeniach. W tym wypadku ten rodzaj inklinacji zaowocował w rekordowym tempie. Cieszącemu się absolutnym zaufaniem wystarczyło kilka rozmów z czołówką sądeckiego świata i Komitet rozpoczął pracę. Oczywiście w głębokiej konspiracji, bez protokołów, zapisów i dokumentacyjnej biurokracji. Ale to właśnie stało się powodem, że istnienie Komitetu nie zajęło swojego miejsca w historii i pozostało na marginesie anonimowości. Na szczęście pozostali świadkowie, aktywni członkowie Komitetu: przeżyli obozy i opowiedzieli.

W skład Komitetu wchodziło wiele osób, ale wymienimy tylko najważniejsze, z podaniem najważniejszych funkcji:

1. Dr Roman Sichrawa - nadzór ogólny i działania organizacyjne;

2. Mgr Kazimierz Sichrawa - zastępca, sprawy techniczne, organizowanie dróg w stronę granicy, przewodników przez granicę i terminarz operacji przerzutowych;

3. Dr Eugeniusz Dzikiewicz (adwokacki sąsiad z domu nr 9), II zastępca, dostawa środków finansowych i żywnościowych, noclegi dla uchodźców;

4. Żona mgra Sichrawy, Halina z Gizowskich-Sichrawa - pomoc w pracach męża;

5. Prałat, proboszcz parafii św. Małgorzaty, ks. Roman Mazur - dostawa artykułów żywnościowych i pomoc finansowa;

6. Wikariusze parafii św. Małgorzaty: ks. Władysław Deszcz i ks. Tadeusz Kaczmarczyk - pomoc w gromadzeniu środków żywnościowych i finansowych;

7. Dyrektor Bursy im. T. Kościuszki, ks. dr Jędrzej Ciernisk - jak wyżej;

8. Jezuita, ks. prof. Władysław Markucki - gromadzenie środków żywnościowych i finansowych oraz zorganizowanie łączności między Komitetem a więźniami - uchodźcami, którzy wpadli w ręce wroga w momencie przejścia granicy;

9. Farmaceuci, właściciele aptek: mgr Stanisław Nowakowski i mgr Mieczysław Jarosz - wsparcie finansowe oraz dostawy leków i środków opatrunkowych dla więźniów, którzy po torturach doznanych w śledztwie wymagali pomocy;

10. Sekretarki w kancelariach Sichrawów - seniora i juniora - Janina i Józefa Stefaniszyn - biorące najbardziej aktywny udział w pracach Komitetu;

11. Zofia Oleś - długoletnia gospodyni i kucharka u Sichrawów: znoszenie środków żywnościowych z miejsc zbiórki, żywienie i obsługiwanie przebywających u Sichrawów grup uchodźców.

Przy Komitecie istniała kasa prowadzona przez mgra Sichrawę, do której wpływały różnej wielkości kwoty, wpłacane przez bliskich znajomych rodziny Sichrawów, pod oficjalnym tytułem jako „pomoc dla ubogich". Z kasy tej Sichrawa opłacał koszty utrzymania poszczególnych zespołów uchodźczych w czasie ich pobytu w Nowym Sączu, w oczekiwaniu na termin przerzutu. Z tych też pieniędzy udzielano zapomóg tym uchodźcom, którzy znaleźli się w kręgu Komitetu bez grosza.

Kiedy zaś w danym momencie kasa była pusta - potrzebujących finansowali Sichrawowie z kieszeni własnych i z honorariów adwokackich. Bo z honorariami też bywało różnie. Ojciec i syn ustalili bowiem, że od niektórych, mocnych kieszenią, patriotyzmem i dyskrecją, można będzie pobierać nie pieniądze, lecz środki żywnościowe, odzież i bieliznę. Koniecznie w aktualnej sytuacji. Przychodzili bowiem ludzie, którzy „urwali się" z łap gestapo w ostatniej chwili: uciekali więc w daleki świat szukać drogi ku wolnej ojczyźnie, ale w dziurawych butach, jednej koszuli i podartych portkach.

Puścić ich w takim stanie byłoby zbrodnią. Opustoszały więc bogato wyposażone szafy Sichrawów z ubraniami i bielizną. Dr Dzikiewicz, wspomniani farmaceuci, ks. prałat Mazur i jego wikariusze - także spieszyli z pomocą. Każdy na swój sposób i na miarę posiadanych możliwości.

W mieszkaniu dra Sichrawy, na I piętrze, między partią frontową od strony Rynku, a częścią balkonową od Pijarskiej, był duży środkowy, „ciemny" pokój, służący w czasie przyjęć i zjazdów rodzinnych za przedpokój i garderobę. Temu właśnie pokojowi przyszło w omawianym czasie pełnić ważną rolę: sypialni dla uchodźców i pokoju gościnnego dla uchodźców, którzy tu, pod opieką przezacnej pani Oleś, oczekiwali na moment przerzutu; magazynu, w którym gromadzono zebrane przez „kwestarzy" Komitetu dary; wreszcie „Pracowni".

Funkcję „Pracowni" podzielić trzeba na trzy etapy. Pierwszy, najwcześniejszy - to wspomniana już „sypialnia". Kolejne zadanie „Pracowni" wystąpiło na przełomie lat 1939-1940, gdy puszczona w pas pogranicza i na szlaki uchodźców sfora agentów gestapo spowodowała rosnącą z tygodnia na tydzień falę aresztowań.

Ten typ aresztowań należał do najbardziej tragicznych. Większość aresztowanych bowiem pochodziła z odległych rejonów Polski: Wileńszczyzny, Pomorza, Poznańskiego czy Lubelszczyzny. Aresztowani i uznawani za potencjalnych wrogów - ginęli, rozstrzeliwani na placach straceń w całkowitej anonimowości. Po prostu przepadali jak kamień rzucony w głębinę wieczności.

W zaistniałych warunkach dr Sichrawa uznał za najpilniejszą i najważniejszą rzecz - ustalać nazwiska rozstrzelanych osób i adresy ich rodzin, które żyły przecież w absolutnej nieświadomości o losach ich ojców i braci.

Stworzono więc specjalną siatkę wywiadu więziennego, kierując jej pracę na odcinek nazwiskowo-adresowy. Główne role przypadły w udziale wspomnianym już księżom: Markuckiemu, Kaczmarczykowi i Deszczowi, którzy akurat w tym czasie pełnili funkcje kapelanów więziennych. Oczywiście na Oddziale Karnym, gdyż na Oddział Polityczny wstęp kapelanów był kategorycznie zabroniony.

Ale służbę na obydwu oddziałach pełnili strażnicy z lat przedwojennych, na ogół dobrzy Polacy. Oni to właśnie przy pomocy tzw. „kalifaktorów" (kalifaktor - więzień „na luzie", cieszący się zaufaniem niemieckich zwierzchników), docierali do poszczególnych cel i zbierali potrzebne dane, które z kolei dostawały się do rąk Sichrawów, względnie ich sekretarek: Janiny i Józefy Stefaniszyn.

One też nadawały sprawie, zgodnie z poleceniem Sichrawów, dalszy bieg. Janina pisała na uzyskane adresy listy, informując rodziny o losie drogich im osób. Wysyłką zajmowała się Józefa. Całością dr Sichrawa. Chłodnym umysłem doświadczonego prawnika, patrząc na te sprawy i przewidując, że na miejscowych urzędach pocztowych będą działać komórki kontrolujące przesyłki, powiedział: „Dziewczęta, piękni jest nasza praca, ale w razie wpadki może nas ona drogo kosztować! Ustalamy więc, że ani jeden list z informacjami więziennymi nie będzie nadany w sądeckich urzędach pocztowych, ani za pośrednictwem miejscowych skrzynek... Pani Józefa, harcerka i zamiłowana wędrowniczka, pójdzie w teren i nada każdorazową partię listów gdzieś tam, na krańcach powiatu lub w limanowskim... ".

Szły więc listy z bylekąd, ale docierały gdzie potrzeba. Przesłane wiadomości stały się powodem najazdu na kancelarie obydwu Sichrawów - kobiet ze wszystkich kątów Polski. Spragnione wieści o drogich im osobach - trafiały najczęściej na tragiczne słowa Sichrawy: „...Droga Pani, jedno mogę: złożyć wyrazy najgłębszego współczucia i żalu, bo Pan... nie żyje, został rozstrzelany przez gestapo... "

Zresztą innej informacji trudno było, nie kłamiąc, udzielić. Była to bowiem pierwsza połowa 1940 r., kiedy ruch uchodźczy, ukierunkowany na Francję, był bardzo żywy, idący częściowo na prawach żywiołu, na „dziko", co wyraźnie pomnażało ilość aresztowań. Zaś w początkowym okresie wymiar kary w stosunku do uchodźców był jeden: śmierć.

Ale między uwięzieniem a śmiercią - aresztowany przechodził piekło tortur śledczych. W wypadku uchodźców była to raczej okrutna zemsta za chęć dotarcia do wojska, za pragnienie walki z hitleryzmem, w jakichkolwiek szeregach i pod jakimikolwiek sztandarami.

Z przesłuchiwań na gestapo delikwent najczęściej „wracał" na noszach, w stanie półprzytomnym. W tej sytuacji jedną z najpilniejszych form pomocy były leki i środki opatrunkowe. I znów na apel dra Sichrawy dwaj jego przyjaciele: Jarosz i Nowakowski, dostarczyli duże porcje artykułów medycznych.

Drugą gwałtownie pilną potrzebą dla więźniów politycznych była pomoc żywnościowa. Tę, z zasobów kwestarskich Sichrawy, w postaci paczek z suchym prowiantem, pakowanych w „Pracowni" przez siostry Stefaniszyn i członków rodziny Sichrawów, głównie żonę magistra Halinę, przekazywane były przez obydwie siostry S. do więzienia, raz w tygodniu, w dniach i godzinach ustalonych przez Komendanta Oddziału Politycznego, Johanna Bornholda.

I wreszcie trzecia forma pracy dra Sichrawy na rzecz polski podziemnej. Obydwie sekretarki w kancelariach adwokackich, zaprzysiężone, za zgodą dra Sichrawy, na rotę Związku Walki Zbrojnej - podjęły służbę w łączności zagranicznej: Janina - odbiór poczty w kancelarii dra Sichrawy, Józefa - przekazywanie przesyłek na wiadome adresy w terenie sądecko-limanowskim.

Praca ta trwała do kwietnia 1941 r., kiedy obydwie siostry zostały aresztowane i zesłane do Ravensbruck, gdzie udało im się doczekać wolności. Wcześniej (data nie ustalona), ale przed sekretarkami, ten sam los spotkał mgra Sichrawę, który wpadł absolutnie pewny, że to się wcześniej czy później stanie. Choćby dlatego, że tego rodzaju wypadki, jakkolwiek niezbyt często, miały już miejsce. Po prostu któryś z jego uchodźczych klientów, aresztowany w rejonie granicy, nie wytrzymał śledczych tortur i pytany: kto ci pomagał w ucieczce? - wymienił nazwisko mgra Sichrawy. Wystarczyło. Pojechał pierwszym transportem do Oświęcimia. Przeżył i wrócił. Ale suma przeżyć i doznań odbiła się na jego zdrowiu w sposób wybitnie negatywny.

Aresztowany na pewien czas przed siostrami S., dalej pełnił swoją humanitarną służbę, zbierając wśród więźniów - uchodźców dane adresowe i zebrany materiał przekazywał siostrom S., w nienotowany w dziejach ówczesnego więziennictwa sposób. Z budynkiem sądu, od strony północnej, łączył się do poziomu parteru magazyn węglowy, którego właściciel, Żyd, nie powrócił z wrześniowej tułaczki. W ustalone dni i godziny, wtajemniczony strażnik przez kratę okna rzucał długi sznur, którego koniec obciążony był kamykiem, do którego dołączane było zawiniątko z pocztą, czyli spisem ostatnio aresztowanych osób i adresami ich rodzin. Sznur lądował na dachu magazynu, gdzie stała Józefa S. i odbierała pocztę, a sznur wracał w ręce „nadawcy".

Listy te, pisane ołówkiem fioletowym, na strzępach papieru pakunkowego, przetrwały wojnę i gdy po powrocie sióstr z obozu odwiedziłem je - odczytywałem wyblakłe świstki z niemałym wzruszeniem. Zwłaszcza końcowy dopisek: „Wysłać natychmiast zawiadomienia do rodzin ".

I jeszcze jeden fakt postawy dra Sichrawy w latach okupacji. Najwcześniejszy, bo z grudnia 1939 r. Ale chyba najwymowniejszy, choć wielu z bliskich mu grona twierdziło, że był to krok wręcz lekkomyślny, uczyniony chyba po raz' pierwszy w życiu bez namysłu, który mógł się skończyć bardzo źle.

Tego dnia Stadtkommissar dr Hein otrzymał od gestapo polecenie dostarczenia listy zakładników, złożonej z dziesięciu najszacowniejszych w Nowym Sączu osób. Dr Hein, nie zorientowany w układach społecznych miasta, zlecił sporządzenie wykazu swemu zastępcy. Dr Sichrawa nie lubił działań pochopnych. Ty razem jednak, zaszokowany ewentualnymi konsekwencjami, jakie mogą spotkać uczestników listy - poszedł na całego i... wpisał na listę 10 razy własne nazwisko. Aby historia nie miała do niego pretensji, że skazał kogoś na więzienie czy śmierć.

A konsekwencje? Są na ten temat dwie wersje. Ówczesna sekretarka i tłumaczka u Heina, Zofia Rysiówna, podała w swoich relacjach i wspomnieniach, że dr Hein przyjął krok Sichrawy z najwyższym uznaniem i podziwem, czemu dał wyraz zwołując na salę narad cały zespół pracowników magistratu i wyrażając się o swym zastępcy w samych superlatywach. Fakt ten potwierdził dr Kozaczka w swej pracy o sądeckiej palestrze.

Inne relacje twierdzą, że dr Sichrawa został dyscyplinarnie zwolniony z urzędu, z dodatkową karą w postaci trzymiesięcznego aresztu domowego. Jeżeli mogę wyrazić własne zdanie na ten temat, to skłonny jestem uwierzyć Rysiównie, od której mam relację pisemną i ustną.

Najbardziej mi nie odpowiada ów „areszt domowy". Przeżyłem lata wojny w dojrzałym wieku i z otwartymi oczyma, stąd wiem, że w praktykach gestapo pojęcie „aresztu domowego" nie istniało. Winny wędrował do więzienia, skąd byty tylko dwa wyjścia: obóz lub plac straceń. Zwolnienia z „politycznego" były rzadkością.

Wspomniany gest dra Sichrawy miał miejsce w grudniu 1939 r., czyli w okresie gdy Sichrawa był w pełni zaangażowany pracami na rzecz „Komitetu Pomocy Uchodźcom". Czy ta eksplozja patriotyzmu w postaci odmowy sporządzenia listy zakładników miała w tym wypadku głębszy sens? Chyba nie! Bo to w twardej gestapowskiej interpretacji mogło pozbawić Sichrawę wolności i położyć kres jego patriotyczno-humanitarnym pasjom. Tym razem Sichrawie dopisało szczęście.

Kres ten jednak, choć rozłożony „na raty", zbliżał się nieuchronnie. Zaczęło się w 1940 r. aresztowaniem syna, Kazimierza. Parę miesięcy później w kwietniu 1941 r. los syna podzieliły obydwie sekretarki. 21 sierpnia tego samego roku zginęli rozstrzelani w Biegonicach członkowie Komitetu: mgr Mieczysław Jarosz oraz księża „od Fary": Władysław Deszcz i Tadeusz Kaczmarczyk, a 13 lutego 1942 r. zmarła córka, wyjątkowo utalentowana literatka, dr polonistyki, profesor sądeckich szkół średnich: Stefania Romana Bilińska.

Największym jednak ciosem dla Sichrawy, w sensie moralnym i materialnym, było aresztowanie syna. Utalentowany adwokat, prowadząc kancelarię własną i ojca, był w stanie zapewnić ojcu i rodzinie dostatnie życie, na poziomie odpowiadającym mniej więcej pozycji człowieka stojącego przez wiele lat w czołówce władz miasta i jego substancji społecznych, jak „Sokół" i inne.

Teraz, gdy z pustych kancelarii nie wpłynął ani grosz - Sichrawa popadł w stan depresji, którą pogłębiało narastające ubóstwo i ogromna troska o kraj nękany terrorem we wszelkich jego formach i treściach, wypłukującym złoża narodowe z zasadniczych wartości materialnych i moralnych.

W sumie dokonywał się i narastał stan ostatecznego wyładowywania się akumulatorów. Na dodatek doszły różne schorzenia, które przynosi nieubłagana starość. Zmarł 13 kwietnia 1945 r. u progu wolności, której tak gorąco pragnął.

Zmarł na tyle „szczęśliwy", że nie wiedział co ta upragniona wolność w sowieckim wydaniu przyniesie umiłowanej ponad wszystko ojczyźnie. I że nie doznał gorzkiego smaku i poniżenia, jakie tego typu osobowościom zaaplikowały wczesne lata „ludowej" władzy.

Ostatnim gestem Sichrawy było przyjęcie stanowiska Prezydenta miasta. Był to rzeczywiście gest. Zupełnie świadomy, bo ciężko chory, nie mógł liczyć na nic dla siebie. Blask prezydenckich splendorów miał już możliwość przeżyć.

Tym razem liczył tylko na to, że pamięć o jego długim, rzetelnym i mądrym uczestnictwie we władzach miasta, że jego autorytet - zdołają ludziom wchodzącym w skład nowych władz ukazać właściwe wzorce postaw obywatelskich i sposobów rządzenia.