|
Józef Bieniek
MIŁOŚĆ - NIEJEDNO MA IMIĘ "Spieszmy się kochać ludzi bo tak szybko odchodzą ... " - ks. J. TwardowskiMiłość - sprawa stara jak ludzkość. Rozmieszczona treściowo między Bogiem a szatanem, przez całe wieki była jednym z głównych źródeł natchnień, pożądań i wzlotów. W górę lub w dół. To przecież w oparciu o jej motywy powstały najwspanialsze w historii kultur świata dzieła z zakresu poezji, literatury, muzyki i sztuk pięknych. Była także profesją i dnem. Ale z tym się raczej kryła. I dopiero telewizyjno filmowi spece od golizny rozebrali ją do reszty z uroczystych szat i ustawili pod latarnią lub w lupanarze. Jako synonim "postępu i demokracji". W takiej sytuacji nam, "cudokom", grzebiącym uparcie w zasobach dziejowych w poszukiwaniu ginących skarbów - pozostało jedno: bronić Miłości, ukazując jej właściwe kształty i promując jej najwyższe wartości. Choćby przez odkrywanie i ukazywanie takich postaci, które Miłość, niekiedy trudną i wymagającą ofiar - niosły przez całe życie - jak Sztandar. Oto jedna z nich. Wojciech Wiktor urodził się 13 IV 1913 r. w ubogiej rodzinie chłopskiej, w Falkowej. Ale w 1913 r. Falkowa była podmiejską wiosczyną, której ludność, poza garstką "Panów Kolejarzy", żyła z dorywczych zarobków i cierpiała nędzę. No bo jak inaczej, skoro na solidną gospodarkę nie było ziemi, a na dobre zarobki - brakło kwalifikacji i możliwości zatrudnienia. Ale czas, przewracając ustalone porządki, zahaczył o falkowskie wzgórza i doprowadził do tego, że dzisiejsza Falkowa staje się częścią Nowego Sącza, a wieś ulokowała swą pamięć ... w Skansenie. Wojtka od dzieciństwa cechowały: zdolność i upór w dążeniu do stania się kimś i czymś. Wątpiąc w możliwości miejscowej jednoklasówki - wprosił się na naukę do sławnej kiedyś w rejonie Nowego Sącza szkoły im. Adama Mickiewicza. To była dobra szkoła. Wyszła z niej duża ilość ludzi, którzy etapami różnobranżowych studiów dobrnęli do szczytowych pozycji w życiu kulturalnym, naukowym, politycznym i wojskowym, sięgając po tytuły profesorów, ministrów i generałów. Może dlatego, że cechą dobrej szkoły byli dobrzy nauczyciele i wychowawcy. Tacy, którzy kochali młodzież, obserwowali jej życie postawy na co dzień, wyławiając w ten sposób talenty i kierunki specjalnych uzdolnień. Takiemu właśnie nauczycielowi - poloniście "podpadł" Wojtek z racji zamiłowań czytelniczych. Toteż gdy w czerwcu 1929 r. stanął do końcowego egzaminu polonista uśmiechnął się lekko i zdecydował: "Masz piątki ze wszystkich przedmiotów, ale ty pójdziesz w moje ślady. Pomogę ci dostać się do Seminarium Nauczycielskiego w Starym Sączu, bo wierzę, że je ukończysz i w księdze szkolnictwa polskiego zapiszesz się złotymi literami. " Wojtek we wróżby nie wierzył, ale rzeczywiście przy pomocy swego protektora, z dniem 1 września 1929 r. rozpoczął naukę w starosądeckiej "wylęgarni belfrów". Zaraz na początku roku zainteresował się ideologią Związku Harcerstwa Polskiego i wszedł w jego szeregi jako "młodzik", w przyszkolnej drużynie im. Stanisława Witkiewicza. Harcerstwo zafascynowało go bez reszty treścią Przyrzeczenia. Dostrzegł w nim to wszystko, co w swoim, naiwnym jeszcze, ale szczerym i serdecznym widzeniu lepszego świata uznał za ideał. Harcerstwu pozostał wierny do końca życia. Jeśli nie w sensie przynależności organizacyjnej, to z całą pewnością w sensie ideologicznym: prawo harcerskie przyjął jako drogowskaz, któremu warto oddać czas, mózg i serce. Zdolny, pracowity i ambitny - z nauką problemów nie miał. "Jechał" na piątkach i jeszcze kolegom mógł pomóc. Starczyło także na pracę w harcerstwie. A miał jej sporo, o czym mówi zaświadczenie wydane przez komendę drużyny ZHP w Starym Sączu: "był skarbnikiem drużyny, zastępowym, wodzem gromady zuchów, uczestnikiem sześciu obozów i kursów oraz pierwszym organizatorem ruchu zuchowego na terenie Starego Sącza i okolic. " Kogoś mogą dziwić te wodzowskie funkcje w najmłodszej gałęzi harcerstwa. Chcę więc wyjaśnić, że to było w zasadzie wodzostwo typu ojcowskiego. Tym maluchom trzeba było przede wszystkim serca. Aby je okazać i ująć dzieciaki w ramy Rodziny Zuchów - trzeba się było nad nimi pochylić z uśmiechem i położyć na czole ciepłą jak u matki dłoń. A on to umiał. I dlatego w ciągu pięciu lat seminaryjnej nauki narodziła się w sercu Wiktora wielka sztuka dobroci i kochania. W zasobach tak dużych, że wystarczyły do końca życia. W czerwcu 1934 r. Wiktor zdał ostatnie egzaminy, uzyskując dyplom nauczyciela w szkolnictwie powszechnym. To było dużo, ale w przeliczeniu na przyszłość. Lata trzydzieste charakteryzowały się ostrym kryzysem, dotkliwie odczuwanym także w szkolnictwie. Łatano sytuację wysyłając świeżo upieczonych pedagogów na tereny kresów wschodnich: od huculskiego Czeremoszu - po łotewską Dźwinę. Wojtek jechać nie mógł, gdyż ubóstwo rodziny zmuszało go do pracy na miejscu, aby dorywczymi zarobkami łatać dziury w domowym budżecie. I tak dobrze zapowiadający się siewca wiedzy - na razie harował na budowach, kopiąc rowy pod fundamenty, nosząc cegłę i zaprawę, jako pomocnik murarza. Ale pozostawały wieczory, niedziele i święta. Trzeba było coś z wolnym czasem zrobić. I zaraz odezwała się w Wojtku nowa pasja: Towarzystwo Szkoły Ludowej. Nic nowego. Już w pierwszym roku pobytu w starosądeckim Seminarium, tamtejsi wykładowcy, stanowiący aktyw miejscowego Koła TSL im. H. Sienkiewicza, głównie Jan Wagner i Bolesław Bojarski - zaszczepili w Wojtku ideę niesienia pomocy ludności wiejskiej na szerokich i leżących odłogiem obszarach oświaty i kultury. Wojtek, zdolny matematyk, znający swoją wieś lepiej niż własną, ciągle dziurawą kieszeń, podliczył szybko i doszedł do przerażających wyników: w jego ukochanej Falkowej ponad 80% mieszkańców nie umie czytać ani pisać! W gorącej wodzie kąpany, zwłaszcza jeśli o dobro i honor wsi chodzi, pogadał z grupką kolegów o podobnych poglądach i pewnej listopadowej niedzieli w 1929 r. w Falkowej powstało Koło TSL. Koło i powstałą przy nim Czytelnię poprowadzili koledzy, bo Wojtka pochłonęła nauka i harcerstwo. Działalność w TSL wznowił dopiero po ukończeniu Seminarium. Niesłychanie ofiarną pracą zwrócił na siebie uwagę władz Związku Okręgowego Kół TSL w Nowym Sączu, którego prezes, mgr inż. Walenty Cyło, zatrudnił Wiktora w nowo zorganizowanej przez TSL szkole w Hucie Krempskiej, na styku powiatu jasielskiego z Czechosłowacją. Praca w Hucie trwała od 2 XII 1936 r. do 31 VIII 1937 r. Była to w zasadzie praktyka. Ale właściwie trzeba ją uważać za ciężką próbę wytrzymałości Wiktora, jako nauczyciela i człowieka. Naukę o osiedlu zagubionym w lasach, na końcu cywilizowanego świata, wśród ludności złożonej z Łemków, Bojków, Słowaków, Ukraińców i garstki Polaków - trzeba było zacząć od siebie: jak się w tej gmatwaninie społecznej znaleźć, jak ją ująć i oswoić, aby stosunki między szkołą, której tu nigdy nie było, a nauczycielem - układały się możliwie dobrze. Ale Cyło, sam z ubogiej chłopskiej rodziny pochodzący, wiedział co robi. "Ja pana, drogi kolego - powiedział do Wojtka - nie posyłam na lekki chleb. Ale znając pana wierzę, że tylko Wiktor, falkowski Syzyf, który na morgu ojcowskiej "gospodarki" poznał wszystkie biedy i troski chłopskiego losu - da sobie w skomplikowanym świecie Huty Krempskiej radę. " Sprawdził się, i w nagrodę, z dniem 1 IX 1937 r. został przeniesiony do szkoły w Olszynach, powiat Gorlice. Olszyny należały do gminy Rzepiennik Strzyżewski, ale ich układ terytorialny zdecydował o właściwych granicach wsi: sąsiadując od wschodu z powiatem jasielskim, a od północy i południa z ziemią tarnowską, tylko południową częścią tkwiły dokładnie w rejonie gorlickim. Mała, stara szkoła w Olszynach nie mieściła wszystkich dzieci: część uczniów pobierała lekcje w wynajętych pomieszczeniach, głównie w dużej izbie, w domu, gdzie ongiś znajdowała się karczma. W tym właśnie domu zamieszkał Wiktor, tu uczył i stąd rozpoczął swoją, opłaconą wielką daniną krwi - wojnę z Hitlerem. Przeskoczmy więc dwa szkolne lata i wejdźmy na Wiktorowski front. Dwa minione lata pozwoliły Wojtkowi zapoznać się z aktywem Olszyn, głównie z grona pedagogicznego i stworzyć wokół siebie wybitnie przyjazną atmosferę: starsi otaczali młodego entuzjastę gorącym szacunkiem i zaufaniem, a dzieci go wręcz uwielbiały. Za serce, za przyjaźń, za uśmiech. W takich warunkach mógł liczyć na dyskrecję. A ta była mu potrzebna na co dzień w jego "wojnie" z polityką szkolną okupanta. Zaczął już w październiku 1939 r. Od głośnego zarządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka, likwidującego szkolnictwo średnie i wyższe, a z powszechnego usuwając takie przedmioty, jak język polski, historia i geografia. Wiktor zareagował natychmiast: porozumiał się z gronem koleżeńskim i jednomyślną umową szkolnictwo w Olszynach poprowadziło naukę po staremu, z tym, że podręczniki do zakazanych przedmiotów, zgodnie z nakazem władz, powędrowały do szkolnych skrytek i zjawiały się na pulpitach klasowych w godzinach konspiracyjnego nauczania. Najczęściej w miejsce materiałów matematycznych. Drugim frontem Wiktorowej "wojny' było stworzenie kilku zespołów tajnego nauczania na poziomie średnim. Ten dział zadań podjął Wiktor ponaglany zaistniałą sytuacją. Do Olszyn, w pierwszych dwóch latach wojny, przybyło kilkadziesiąt osób: wysiedleni z ziem przyłączonych do Rzeszy, uchodzący z ziem kresowych lub ci, którym udało się zbiec z NKWD-owskich osaczeń, unikając więzień i "podróży" na Sybir. Wśród tej zabiedzonej gromady znajdowała się spora grupa nauczycieli, także gimnazjalnych oraz młodzież. Olszyny były wsią o silnym poczuciu patriotycznej solidarności, toteż problem "tajnego gimnazjum" zyskał poparcie społeczeństwa, co stwarzało tej sprawie bardzo przyjazny klimat i zapewniało konspiracyjną otoczkę. W zespołach tajnego nauczania brało udział kilkanaście osób, przerabiając materiał w granicach od I do IV klasy gimnazjalnej. Do tzw. "małych matur" nie doszło, bo brakło Wojtka, który osaczony wiosną 1944 r. przez gestapo jasielskie - musiał uciekać z Olszyny i wylądował w tarnowskiej partyzantce. Ale do tego jeszcze wrócimy. Latem 1940 r. Wiktor nawiązał kontakt z oficerem przybyłym z Budapesztu z misją stworzenia ogniw Tajnej Organizacji Wojskowej (TOW). Złożył przysięgę i przyjął obowiązek stworzenia komórki gromadzkiej, z funkcją jej komendanta. Cieszący się powszechnym zaufaniem - rychło zdobył zespół młodych zapaleńców i komórka zaczęła działalność. W 1942 r. TOW weszła w skład AK i Wiktorowy twór stał się częścią dużej placówki o kryptonimie "Sabina", z siedzibą komendy w sąsiedniej wiosce Szerzyny, należącej do powiatu jasielskiego. Stan taki był konsekwencją skłócenia wsi, przy czym ważną rolę zaczęli odgrywać komuniści, głównie Łemkowie, pracownicy kopalnictwa i przemysłu naftowego, którzy szukając sojuszników dotarli do ludowców w Olszynach, ustawiając ich negatywnie w stosunku do AK i prawicowych ogniw ruchu oporu. Wiktor, należący do ludowców z kręgu Witosa, nie uznający w czasie wojny żadnych podziałów politycznych czy klasowych, zrażony zaistniałymi niesnaskami, skontaktował się z kolegami z sąsiedniej placówki AK w Ciężkowicach, tu lokując swoje sympatie i nadzieje na wolność Tej, co nie zginęła. Obarczony licznymi obowiązkami, zamieszany w dziesiątki nielegalnych spraw - wpadł wreszcie Wojtek w octy wrogiego wywiadu. A gdy osaczenie zaczęło się zagęszczać - musiał się Wiktor ukrywać u przyjaciół w Olszynach, a od sierpnia 1944 r. "zamieszkał w leśnych koszarach" jako żołnierz kompanii "Regina II" w I baonie 16. pp AK "Dzieci Tarnowskich". Na stanowisku strzelca z cenzusem, pod pseudonimem "Skała". W "Reginie II" uczestniczył Wiktor w kilkunastu akcjach zbrojnych i dywersyjnych. Tu się zaczęła jego bojowa epopeja i tu się mogła skończyć. Za czysty cud uważał wyjście z życiem z sytuacji, w której stracił 18 kolegów, a 10 rannych dostało się do niewoli; wysłani do Gross-Rosen, zginęli prawie wszyscy. Było już po północy 17 X 1944 r., gdy oddział "Regina II" dotarł na nocleg w stodole u Józefa Gomułki, w lesistym przysiółku wsi Rzepiennik Strzyżewski, noszącym nazwę Dąbry. Żołnierze zmęczeni długim marszem, po wystawieniu ubezpieczenia, zapadli w kamienny sen. W międzyczasie, gospodarz meliny udał się na posterunek żandarmerii w Ciężkowicach i złożył odpowiedni meldunek. Reakcja była natychmiastowa: w ciągu kilku godzin zmobilizował wróg wszystkie okoliczne posterunki i już świtem partyzancką melinę otoczyły duże siły doskonale uzbrojonych oddziałów wojska, żandarmerii i policji. Ledwo świt odsłonił wyraźniej oblężoną zagrodę - rozpoczął wróg atak, bijąc w stodołę zmasowanym ogniem broni ręcznej i maszynowej. Żołnierze, porażeni gwałtownym napadem, pozbierali się z trudem i rozpoczęli obronę, próbując seriami poprzez szczeliny między belkami, odeprzeć atak. W tym momencie jednak stodoła, trafiona pociskami zapalającymi, zaczęła płonąć. Pozostało jedno wyjście: uciekać! Pierwszy wyskoczył Wiktor i posłał w kierunku, skąd dochodziły strzały, serię ze stena. W tym momencie dostał w twarz odłamkiem granatu, tracąc część szczęki. Krwawiąc, przybiegł jeszcze kilka kroków, ale trafiony w plecy upadł i zaczął się czołgać bruzdą w kierunku pobliskiego lasu. Ostatkiem sił zdołał zerwać z siebie koszulę, z której sporządził prowizoryczny bandaż, podtrzymujący strzaskaną szczękę. Godzinę po odjeździe Niemców, nieprzytomnego Wojtka znaleźli mieszkańcy osiedla i w przebraniu kobiecym przewieźli go do szpitala w Gorlicach. Ulokowany przez zakonspirowanych lekarzy na oddziale zakaźnym, otoczony serdeczną opieką partyzanckich eskulapów: Jezierskiego, Rybickiego i Stieberga - wrócił do zdrowia. Szczękę jakoś tam "odrestaurowano", ale ślad w postaci deformacji twarzy pozostał do końca życia. Cztery miesiące leżenia w szpitalu były dla Wiktora trudną szkołą cierpienia i cierpliwości znoszenia bezczynności. Milczał, bo mówić nie mógł, i myślał. Ulgą w takim stanie były cotygodniowe odwiedziny jego uczennicy z tajnego gimnazjum, córki gospodyni domu, w którym mieściła się jedna z klas jego szkoły, przemiłej Basi, zakochanej w swym profesorze cichuteńko i dyskretnie, ale na zabój. I oto w szpitalnym myśleniu Wojtka zaczęło się kształtować coś, czego dotąd w swym "celibackim" charakterze nie brał pod uwagę: miłość i małżeństwo. A jeśli małżeństwo - to z kimże, jak nie z Basią ? Urocza, cicha, zawsze zadbana i nie narzucająca się, a przy tym pracowita i gospodarna. W sumie, jeżeli o dobrą żonę chodzi - same "piątki" z plusem! A jak będzie w życiu? Ano zobaczymy. Ale żeby zobaczyć, musimy się przenieść na całe 50 lat na Ziemie Odzyskane, w rejon Śląska Opolskiego, gdzie młodzi zaplanowali stworzyć rodzinne i zawodowe Eldorado. Właściwie pierwszy wyruszył na Ziemie Odzyskane Wojtek. Już w marcu 1945 r. wszedł w szeregi Polskiego Stronnictwa Ludowego i jako zagorzały entuzjasta mikołajczykowskiej ideologii - wybrał się na stratowane wojną tereny budować Polskę. Dotarł do Jeleniej Góry, gdzie w Kuratorium otrzymał pracę kierownika szkoły w Karpaczu. Należało czekać do 1 września. Wrócił więc do Olszyn, zatrzymując się po drodze w Katowicach. Tu u znajomych, zapoznał się z głośnym działaczem oświatowym, propagatorem narodzonej w Danii ideologii Uniwersytetów Ludowych, Henrykiem Hahnem. Wojtek ideę Uniwersytetów Ludowych znał dokładnie z pracy w sądeckim TSL, w okresie poseminaryjnego bezrobocia, toteż z radością przyjął propozycję Hahna - pracy w tworzonym właśnie Uniwersytecie Ludowym w Większycach koło Koźla. Z angażem w kieszeni wrócił do Olszyny. Też po "angaż": 21 sierpnia 1946 r. w kościele w Olszynach powiedzieli sobie z Basią sakramentalne "tak", i od tego dnia będziemy traktować losy Wiktorów jako małżeństwa, stosując zasadę: każdemu według jego zasług i losowych perypetii. Zachowując dobre obyczaje, zaczniemy od Barbary. Córka oficera 39. jarosławskiego pułku piechoty, w jarosławskim Gimnazjum ss. Niepolanek ukończyła I klasę. Po wrześniowym dramacie ojciec dostał się z wojskiem na Węgry, a Basia z matką i młodszym o 6 lat bratem - wrócili do Olszyn, na swoje: odziedziczoną po babci pięciomorgową gospodarkę. Dla młodziutkiej dziewczyny, o miękkich rączkach i dla połowę młodszego braciszka-zaczął się koszmar harówki ponad siły i wypracowany chleb był często słony od łez. Ale pomału rączki stwardniały i w krzyżach przestało trzeszczeć, no i w końcu jakoś się żyło. I chleb miało się na co dzień. Swój! A potem zaczęło być lżej. W 1942 r. ojciec wrócił z Węgier i kryjąc swój oficerski stopień, został w domu. Cięższe roboty gospodarcze przeszły w jego ręce. Było lżej także dlatego, że w sercu młodej dziewczyny obudziło się nieznane dotąd uczucie, a octy coraz częściej i serdecznie biegały za "panem profesorem". Resztę znamy w maju 1946 r. - mała matura, zdana w Tuchowie, w sierpniu tegoż roku - ślub w Olszynach i wspólny wyjazd na Ziemie Odzyskane. Matura i ślub - to był dla obojga pierwszy etap na wspólnej drodze, ku wspólnym celom realizowanym w myśl zasady: miłość małżeńska, miłość rodzinna i w maksymalnych wymiarach pojęta, najtrudniejsza z wielu noszonych przez miłość imion - służba bliźniemu. Pedagogiczne zamiłowania Barbary ujawniły się już w Olszynach, pod okiem Wojtka, który "zatrudnił" ją w ramach tajnego nauczania dla prowadzenia zajęć z młodzieżą, mającą już za sobą ukończone VII klas i pragnącą sięgnąć do programu szkoły średniej. Nic też dziwnego, że zaraz po osiedleniu się w Większycach, od października 1946 r. dojeżdżała przez 3 lata do Głogówka, gdzie w Liceum Pedagogicznym zdała maturę. Jesienią 1949 r. widzimy Barbarę w Studium Nauczycielskim w Raciborzu, gdzie ukończyła wydział muzyki i śpiewu. Ukończyła też w 1954 r. roczny kurs żywienia, potrzebny do pracy w Uniwersytecie Ludowym na stanowisku instruktora wyżywieniowego. Ten rodzaj przeszkolenia pozwolił jej na prowadzenie po wsiach Opolszczyzny stugodzinnych kursów racjonalnego żywienia. Prowadziła je zimową porą, w ciągu ośmiu lat. W latach 1955-1958 przebywała z mężem w Zespole Techników Rolniczych w Nysie, prowadząc zajęcia świetlicowe. Gdy w 1958 r. Uniwersytet Ludowy został reaktywowany - stary znajomy i onegdajszy dyrektor UL, H. Hahn, ściągnął Wiktorów ponownie do tej placówki, gdzie pracowali do emerytury. Ciągle łaknąca wiedzy zdołała w międzyczasie ukończyć 4 semestry pedagogiki specjalnej w WSP w Opolu. Ma zaliczone studia wyższe, ale bez tytułu. Nie mogła już bowiem i nie chciała bronić pracy; w ogromie zadań zawodowych, społecznych i rodzinnych - brakło czasu i sił. Zwłaszcza rodzinnych. Bo Barbara w ciągu lat 1948-1958 pomnożyła rodzinę Wiktorów o pięcioro. A więc znowu "piątka". I jeśli coś może w tej sytuacji zdumiewać, to pytanie: Jak Ona sobie dała z tym wszystkim radę? A Wojtek? Zostawiliśmy go na Uniwersytecie Ludowym w Większycach, gdzie uruchomiwszy wszystkie pasje, powiększał w sercach i umysłach młodzieży wymarzony kształt Polski. Młodzież ta bowiem, w dużym procencie niemieckiego pochodzenia, wychowana w klimacie dalekim od przyjaźni do Polski - szukała w nauczycielu nie suchego, sztywnego wykonawcę urzędowego programu, ale Człowieka zdolnego promieniować Dobrą Mądrością i Mądrą Dobrocią. Akurat w stylu Wiktora: kierując interesem - potrafił pracować non stop od 6.30 do 23.30. Ale nim Wiktor zdołał osiągnąć szerszy zasób zamierzonych celów - w 1953 r. działalność Uniwersytetu została zawieszona i Wojtek przeszedł na stanowisko kierownika Państwowego Prewentorium dla Dzieci w Jędrzejowie koło Grodkowa. Prewentorium istniało częściowo w planach. Całą resztę zorganizował Wiktor. Ale przy okazji odkrył kryminalne wręcz manipulacje kierownictwa. Stary harcerz, bezkompromisowy wróg wszelkiego łajdactwa i kłamstwa - nie wytrzymał, i choć był przekonany, że zatarg z "partyjną babą" skończy się jego klęską - ujawnił aferę i nie czekając zemsty, przeniósł się do Nysy, obejmując w Internacie Państwowych Techników Rolniczych stanowisko wychowawcy. To był dopiero ciężki kawałek chleba. Młodzież miejscowa, zza Buga i Sanu oraz napływowa, głównie z południowych rejonów kraju, mieszanina gwar, akcentów, obyczajów i stopni świadomości - wymagała specjalnej troski i specjalnych, zindywidualizowanych metod pracy. I znów Wojtek musiał sięgnąć do najgłębszych zasobów serca, aby podołać ogromowi wychowawczego trudu. W końcu jednak stworzył jakąś namiastkę nieźle zgranej internackiej rodziny. Ale gdy w 1958 r. dawny dyrektor większyckiego UL-u, H. Hahn zdołał uzyskać zgodę władz na uruchomienie placówki, na jego wezwanie Wiktor "urwał się" z Nysy i od 1 września widzimy go na dawnej funkcji, w ulubionej czytelni, gdzie dwoił się i troił, aby kształcić na potrzeby wsi kadry liderów i przewodników. Powiedziałem, że dwoił się i troił. Tu jednak trzeba użyć innego określenia: On się po prostu mnożył. Do potęgi. Fanatyk na tle przebudowy wsi nie znał granic ani wysiłku, ani trudu w dążeniu do wytkniętego celu. Nawet za cenę własnych aspiracji kształceniowych. Rozpoczął przecież studia polonistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, ale nic z tego nie wyszło: w programie zajęć UL-u, które trwały od świtu do późnej nocy, nie znalazł czasu na dojazdy i naukę. Tym bardziej, że poza szkołą - angażował się bardzo żywo w problematykę społeczną. Przez wiele lat pełnił funkcję prezesa, a później sekretarza w miejscowym zarządzie Koła Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego; działał w związkach kombatanckich, w spółdzielczości, w Ochronie Przyrody i w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej, pełniąc wszędzie rolę inicjatora i przywódcy. Wszędzie też był szanowany, ceniony i lubiany. Za 50 lat pracy - nigdy nie wycofał się z pełnionych obowiązków. Tylko jeden raz porzucił z pełną świadomością zajmowane stanowisko: ławnika w Sądzie Powiatowym. Bo, jak się tłumaczył, do tego rodzaju zadań "miał za miękkie serce". "Miękkie serce" Wiktora znalazło maksymalny wyraz w życiu rodzinnym. Cała piątka dalszego ciągu rodu Wiktorów uwielbiała ojca, uważając go za ideał i autorytet. Nie tylko za dobroć i gorące uczucie przyjaźni, ale także za mądre rygory i serdeczne rady, dzięki którym urocza i zdolna piątka zdobywała Piątki z Człowieczeństwa. Gdy w latach osiemdziesiątych "objawiła się Solidarność" - Wiktor z miejsca wszedł w jej szeregi jako organizator i koordynator powstających w terenie ogniw. I wtedy, w domu przy ul. Kozielskiej 15 zawrzało. Ultrapatriotyczny klimat rodzinny i ogromny autorytet ojca - zrobiły swoje: w nurt szumiący wizją wolności rzucili się całą gromadą młodzi, narażając się na represje i obóz. To zaś pociągnęło za sobą ... wyjazdy za "Wielką Wodę", co im zresztą, jak to zobaczymy za chwilę, specjalnej szkody nie przyniosło. Ojcu też nie. Od 1973 r. budynki UL-u zostały poddane generalnej przebudowie, przy czym Wiktor poszedł na emeryturę. Mimo aktywnej pracy w Solidarności, władze uznały, że ten typ działacza, znanego z wielkiej kultury i sumienności, będzie w burzliwej atmosferze solidarnościowych poczynań - czynnikiem neutralizującym nie zawsze przemyślane zrywy. Pomylili się tylko o tyle, że ten typ autorytetu ma zawsze tendencję do budzenia i rozruchu, a nigdy do usypiania, cofania się czy zastoju. Stąd fakt, że Wojewódzki Komitet Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego w Opolu, pismem z dnia 9 X 1986 r., Wiktorowi, jako twardemu ludowcowi, powierzył płatne wg ryczałtu stanowisko instruktora w Gminnym Komitecie ZSL Reńska Wieś. To był angaż ostatni. Miał już 73 lata. Nadwerężone ogromnym wysiłkiem zdrowie zaczęło słabnąć, co z kolei zaktywizowało partyzanckie rany. Powiększyła się deformacja twarzy, zaczęły rosnąć trudności z przyjmowaniem pokarmów, zniekształciła się mowa, co w zawodzie pedagoga i społecznika było ogromną tragedią. Nadchodził zmierzch. Trudny i bolesny. Ale Wiktor, zahartowany w dobrym i złym - przyjmował wszystko z pogodą i spokojem. Bez cienia pychy - znał swoją wartość: szedł przez życie czyniąc dobrze. I teraz mógł powtórzyć za św. Pawłem Apostołem: .,W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiarę ustrzegłem ... ". "Bieg ukończył" w kędzierzyńskim szpitalu, 9 grudnia 1996 r., o godzinie 10.45. Kilka miesięcy po uroczystościach z okazji 50-lecia pożycia małżeńskiego. Pogrzeb powszechnie lubianego Wiktora zgromadził setki ludzi. Były sztandary, dostojne przemówienia i płacz. Wielki płacz, jak wielką była miłość, główny oręż Wojtka w pięćdziesiąt lat trwającej wojnie o zwycięstwo Dobra nad Złem i Blasku nad Mrokiem. I jeszcze. Na koniec, kilka zdań o rodzinnym dorobku Wojciecha i Barbary Wiktorów. 0 piątce Wspaniałych, którzy z rodzicielskich genów wybrali wszystko, co najlepsze. Oto oni. Jacek- rocznik 1948. Jest inżynierem urządzeń ciśnieniowych. Mieszka z żoną i dwojgiem dzieci w Kędzierzynie. Jerzy - rocznik 1949. Z zawodu magister wychowania fizycznego. Mieszka z żoną w USA. Ma dwoje dzieci: syna i córkę, która kończy studia medyczne, ze specjalizacją rehabilitacji. Anna-rocznik 1951. Mężatka, obydwoje po studiach biochemicznych. Mieszkają i pracują w S. Vilas, S. Superior, Colorado (USA). Mają syna i córkę. Syn studiuje fizykę i chemię. Bardzo zdolny: od II roku jest asystentem na uczelni. W wieku 20 lat. Włodzimierz - rocznik 1953. Również bardzo zdolny. Uwięziony w 1982 r. Za działalność w czołówce solidarnościowej - po okresie "pokuty" wyjechał do USA, gdzie od 1983 r. mieszka i pracuje. Ukończył Wyższą Szkołę Inżynierską, jest zatrudniony w dziale układów scalonych. Syn, także wybitny fachowiec, pracuje razem z rodzicami i ma już na koncie kilka wysoko ocenionych pomysłów racjonalizatorskich. Poza tym prowadzi przedstawicielstwo firmy, z czym wiążą się częste wyjazdy do kooperantów w Singapurze, w Japonii i w innych krajach Dalekiego Wschodu. Karierę "technicznego dyplomaty" ułatwia mu doskonała znajomość języków obcych, bardzo sympatyczna aparycja, elegancja i kultura bycia. Z córek, jedna kończy studia medyczne, a druga wybrała całkiem nowoczesny kierunek, zwany inżynierią medyczną. Mieszkają w Way Raleigh, Północna Kalifornia. Marek - rocznik 1958. Tego zauroczyły wieści dochodzące zza oceanu. Odmówił podjęcia studiów w PRL i tylko czekał na okazję, aby doszlusować do rodzeństwa i w nowym świecie zacząć nowe życie. Z wiarą, że braciszkowie pomogą. Okazja trafiła się późno: w 1986 r., w ramach orbisowskiej wycieczki, dotarł do Austrii, tu urwał się z wycieczkowej listy i zwiał do Grecji, a po jakimś czasie wylądował w USA. Po wielu przygodach ukończył pierwszy etap swych pragnień, a kolejny zaczął we dwójkę z żoną, dziewczyną z Białegostoku. Obydwoje pracują i studiują. A pierwszym efektem małżeńskiego dorobku jest córeczka. Mieszkają w Montain Lake, Dv. Raleigh, Północna Karolina. *** Do tego chwalebnego "Epitafium" trzeba jeszcze dodać opinie, które można usłyszeć w Większycach, Koźlu i Kędzierzynie: "Są to wspaniałe dzieci, jakich zazdrości Wiktorom niejedna rodzina. Dzieci bardzo zdolne i bogate w wielkie zasoby intelektu, duchowego ładu i kultury osobistej. " Ich wartości nie notuje się na kontach bankowych, ale w codziennym trudzie, uniwersyteckich dyplomach, a przede wszystkim w serdecznych układach rodzinnych i społecznych oraz w sumie osiągnięć zawodowych. Wszystko więc wskazuje na to, że za ileś tam lat - ulica Falkowska zmieni nazwę na ulicę ... Rodziny Wiktorów! |