|
Piotr Sus WSPOMNIENIA
ALOJZEGO MANNY Od redakcji: pacyjnych i wojennych przeżyć Sądeczanina Alojzego Manny, dokonał Piotr Sus - współpracownik "Almanachu Sądeckiego" i bliski przyjaciel redakcji - w 1994 r. Publikacją tego tekstu chcieliśmy przypomnieć fakt pierwszej rocznicy śmierci Piotra, która minęła 31 lipca 1998 r. "Dwuletni okres pobytu w ZSRR to, nie jak większość sądzi okres zmarnowanej młodości. Tam zrozumieliśmy wartość człowieczeństwa, odkryliśmy tajemnicę współżycia i poznaliśmy; co znaczy skarb wolności." To cytat ze wspomnień Jadwigi Lewickiej-Hoewelss. Z treścią zawartą w tych dwóch zdaniach zgadza się w całej rozciągłości Sądeczanin pan Alojzy Manna, jeden z ponad półtoramilionowej rzeszy Polaków, którzy nie z własnej woli znaleźli się w latach wojny w głębi ZSRR. Jego przeżycia są podobne do losów, jakie przeszli wszyscy deportowani, zmuszeni do opuszczenia miejsca zamieszkania w środku nocy, wiezieni bydlęcymi wagonami w nieludzkich warunkach na wschód, pracujący przymusowo w tajdze, w kopalniach Magadanu i Workuty, na stepach Kazachstanu. Ale oddajmy mu głos.1 września 1939 r. miałem rozpocząć naukę w drugiej klasie Liceum Pedagogicznego w Starym Sączu. Niestety wybuchła wojna. 5 IX nowosądeckie warsztaty kolejowe wraz ze znaczną częścią załogi ewakuowano do Stanisławowa. 17 IX wkroczyli tam bolszewicy i ja, wraz z ojcem i siostry, staliśmy się obywatelami ZSRR. Ojciec pracował w zakładach kolejowych, ja chodziłem do podobnej co w Starym Sączu szkoły, w której ukończyłem drugą klasę. Jak większość, myśleliśmy o ucieczce przez zieloną granicę, ale stan zdrowia ojca, który niedawno przeszedł ciężkie zapalenie płuc, wykluczał tę możliwość. 26 czerwca 1940 r. o północy zjawiło się w naszym mieszkaniu dwóch ludzi, enkawudzista i policjant. Enkawudzista spytał ojca: "Wyście chcieli jechać do Giermanii?" Ojciec odpowiada, że tak. "To macie 10 minut na zebranie się i przepustkę na podróż przez Przemyśl". Furmanką zawieziono nas na dworzec kolejowy. Tam załadowano do wagonu towarowego, który zaryglowano. Proszę sobie wyobrazić potworne gorąco i zaduch, otwór w podłodze do załatwiania potrzeb fizjologicznych niczym nie osłonięty. Górnych okien nie można było otwierać, konwój groził użyciem broni. Działy się dantejskie sceny, widziałem przez dziurę po sęku, jak kobieta z dzieckiem na ręku oszalała ze strachu, została odepchnięta przez enkawudzistę od wagonu, gdzie był jej mąż. W drugim dniu pobytu w wagonie ojciec zemdlał. Nie odzyskiwał przytomności. Przyszła pielęgniarka, wcisnęła mu jakieś pigułki do ust. Stan był beznadziejny, sanitarka zabrała go do szpitala, mnie i siostrze oczywiście nie pozwolono jechać. Rozstaliśmy się na zawsze. 28 czerwca o północy transport ruszył w kierunku Stryja, czyli na zachód. Następnego dnia rankiem dojechaliśmy do Lwowa, ale w nocy skierowali nas na Równe, tym razem na wschód. Nie mieliśmy żadnych złudzeń dokąd tym razem jedziemy. Po przejechaniu Zdołgunowa, przekroczyliśmy granicę polsko-sowiecką. Wszyscy rzucili się do okienek, ja wychyliłem głowę, ile mogłem, i wtedy spadła mi czapka licealna, jeszcze po polskiej stronie. Jeden ze współtowarzyszy niedoli powiedział mi wówczas: "Niech się pan nie martwi, to znak, że kiedyś pan po nią wróci". Po czterech dobach, przez Kijów, Charków, dotarliśmy do Woroneża, gdzie po raz pierwszy pozwolono nam wyjść z wagonów. Następnie ruszyliśmy do Kujbyszewa (dawna Samara). Pierwsze sowieckie jedzenie, to małe, gorzko-słone śledziki, stąd okropne sceny na postojach przy wodociągach, kiedy ludzie chłeptali wodę z kałuż. Następny przystanek to Ufa, tu pod konwojem skierowano nas do łaźni i odwszalni, wszyscy mieliśmy już dorodne wszy. Łaźnię męską obsługiwały kobiety, a żeńską mężczyźni. Następnie ruszyliśmy dalej, poprzez Ural, Pietropawłowsk, Omsk, do Nowosybirska, dalej przez Tomsk do miejscowości Asino nad rzeką Czułym, dopływem Obu. Z Asino płynęliśmy Czułymem, a potem jego dopływem Czetem 4 doby. Przy prowizorycznej przystani wysadzono nas na brzeg, potem jeszcze 50 km marszu przez dziewiczą tajgę, i znaleźliśmy się na rozległej polanie, gdzie stały baraki. "Tu będziecie żyć": powiedziano nam. Byliśmy w "Tomasinłag NKWD lespromchoz", co po polsku znaczyło: leśno-przemysłowe gospodarstwo Tomsko Asińskich Obozów NKWD. Spędziłem tam półtora roku. Mieszkaliśmy w prymitywnych, przepełnionych barakach, nie byliśmy tam jedynymi lokatorami. Wszy i pluskwy były naszymi najwierniejszymi towarzyszkami, nie opuszczały nas nigdy, walka z nimi była zajęciem nieustannym. Był tu zupełnie inny klimat, w zasadzie dwie pory roku, zima i lato, we wrześniu pojawiał się już pierwszy śnieg. Od razu skierowano nas do pracy, pracować musieli wszyscy - "kto nie pracuje, ten nie je". Najpierw w prymitywnej cegielni kopałem glinę i formowałem cegły, potem ręcznie ciąłem razem z kolegą piłą tracką pnie drzew na deski, w końcu zostałem pomocnikiem stolarza. Szybko traciłem siły, chudłem w oczach. Ciągle byliśmy głodni, ponieważ nigdy nie wyrabialiśmy normy, od której zależała ilość chleba i zupy będących naszym głównym pożywieniem. Chleba dostawaliśmy 300 lub 400 gramów. W święta (1 Maja, rocznica rewolucji) 600 g. i ¼ l. oleju. Dwa razy w czasie pobytu w obozie dostaliśmy po 0,5 kg mąki. We wrześniu, z pierwszym śniegiem, skierowano nas do wyrębu lasu na tzw. lesopował. Rychło zaczęły się mrozy, a my nie byliśmy odpowiednio ubrani, chodziliśmy w łapciach, nogi owijaliśmy szmatami. Dopiero w grudniu dano nam walonki i waciaki. Pracowaliśmy do temp. - 40 °C, dopiero gdy była niższa, zostawaliśmy w barakach. Bywały przypadki zamarznięcia na śmierć. W styczniu i lutym 1941 r. pojawiły się szkorbut, kurza ślepota, puchlina głodowa. Odmroziłem policzki, palce u rąk i nóg. Skutki pozostały do dziś, m. in. bardzo czytelnie i wyraźnie piszę, a to dlatego, że w znacznym stopniu mam ograniczone drobne ruchy palców i w związku z tym, piszę bardzo wolno. Wszyscy mieli dość jednakowe poglądy na sytuację, w jakiej znaleźliśmy się, system sowiecki ukazywał się bez osłonek. Władze obozowe interesowały się rzecz jasna nastrojami, informacji dostarczali im konfidenci. Był taki i w naszej grupie, Żyd sowiecki. Nie orientowaliśmy się początkowo, co jest grane, dopiero gdy wezwał mnie naczelnik Paszko, i zwymyślał od "polskiej swołoczy" za to , że ośmielam się mieć złe mniemanie o systemie sowieckim, zrozumiałem o co chodzi. Za karę skierowano mnie i kilku innych do wywożenia końmi kloców drewna na brzeg potoku (na razie jeszcze zamarzniętego). Była to dla mnie istna udręka, ponieważ nigdy dotąd nie miałem do czynienia z końmi. Nasza pierwsza wigilia na wygnaniu, jakże skromna, utrzymany do wieczora przydział chleba, zupa, cienki rosołek z schwytanych małych ptaszków, których łapanie było surowo zakazane. Obsługa obozu. Prawie wszyscy to byli więźniowie, obecnie "wolnonajomni", z szefem obozowej komórki NKWD włącznie. Natomiast naczelnik lespromchozu, Paszko, był tępym, złośliwym osobnikiem, do tego malwersantem. Odwołano go w końcu, na jego miejsce przyszedł niejaki Szatochin, dość porządny człowiek. Z początkiem maja śniegi zaczęły tajać, potok stawał się szybko wzburzoną, wartką rzeką. Pracowaliśmy przy spławie drewna w grupie likwidującej zatory tworzące się na zakrętach rzeki. Praca była niebezpieczna, wielokrotnie wpadałem do wody, nieustannie groziło zmiażdżenie przez ogromne bale drewna. W sierpniu 1941 r., po układzie Sikorski-Majski, stałem się wolnym człowiekiem. Pieszo poszedłem ok. 40 km na południe do najbliższego sowchozu, tam się zatrudniłem. Pracy było dość, ponieważ większość mężczyzn poszła do wojska. Po paru miesiącach dotarła siostra. Razem z moim znajomym z transportu, kowalem z zawodu, wykonywaliśmy dla miejscowych różne usługi, zapłatą było mleko, ziemniaki. Nasze skromne menu uzupełnialiśmy rybami. ludność miejscowa też nie miała się najlepiej, np.: ziemniaków starczało najwyżej na pół roku. W ogóle była to kompletna głusza, wiadomości docierały tu z kilkumiesięcznym opóźnieniem. W takim położeniu jak my było wieleset tysięcy rodaków. Ci, którzy byli bliżej szlaków komunikacyjnych lub bardziej na południu, mieli większą szansę dotarcia do gen. Andersa, myśmy nie zdążyli. Wyrwałem się stamtąd dopiero w 1943 r. W maju wezwano nas do Wojenkomatu, gdzie poinformowano, że powstaje polska dywizja, i że można się zaciągać. Po uprzednim "prześwietleniu" przez odpowiednie organa, przez Zachodnią Syberię, Ural, Kazań dotarliśmy do Diwnowa , a stamtąd samochodami do Sielc. Dostałem się do kompanii łączności, po dwóch miesiącach zostałem dowódcą drużyny. 30 września wysłano całą grupę do Muromu, do szkoły oficerskiej łączności. Szkolenie trwało 4 miesiące, w lutym otrzymałem awans na chorążego. Potem przydział do 3. Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta. Zostałem dowódcą plutonu w samodzielnej kompanii łączności. W kwietniu 1944 r. ruszyliśmy transportem kolejowym do Kiwerc. W Rokitnie przekroczyliśmy przedwojenną granicę polskosowiecką. Dla wielu tu była Polska, a nie dopiero gdzieś za Bugiem. Dobrze pamiętam, że mój zastępca plutonowy Kamiński, 48-letni mężczyzna, osadnik z Podola, płakał jak bóbr. Zobaczyliśmy spalone polskie wsie, których mieszkańcy zostali częściowo deportowani na wschód w 1940 i 1941 r., częściowo wymordowani przez ukraińskich nacjonalistów różnej maści. Resztki w panice uciekły na zachód. Z początkiem lipca wyruszyliśmy na zachód. Poprzez Chełm, Lublin, dotarłem do Puław. Front stanął, ale nieustannie byliśmy pod obstrzałem ciężkiej artylerii i moździerzy. Byłem akurat w okopie na pierwszej linii, kiedy niedaleko upadł pocisk, zdaje się ze sprzężonego 6-tufowego moździerza. Zamroczyło mnie, zostałem zasypany ziemią. Kiedy się ocknąłem, zobaczyłem, że moja noga jest nienaturalnie wykręcona. Okazało się, że była wywichnięta w stawie kolanowym i po krótkim czasie potwornie spuchnięta. Skierowano mnie do batalionu sanitarnego, potem do szpitala w Kurowie, a następnie na rekonwalescencją do Garwolina. Tam spotkałem się z siostrą, która podobnie jak ja była wojsku, w batalionie kobiecym, w kompanii ckm. W listopadzie 1944 r. znalazłem się w 7. pułku piechoty. Kontuzja, którą odniosłem, okazała się niebezpieczniejsza niż przypuszczałem (skutki jej odczuwam zresztą do dziś). W grudniu znów batalion sanitarny, potem szpital w Otwocku. W styczniu 1945 r., po przejściu przez zamarznięta Wisłę, poprzez Piaseczno dotarliśmy do Warszawy; same gruzy i groby, gdzieś ręka stercząca z ruin. Prosto z defilady poszliśmy w pościg za Niemcami. W Ożarowie zdołaliśmy w ostatniej chwili uratować ludzi przygotowanych już do egzekucji. Potem ciężkie walki o przełamanie Wału Pomorskiego, gdzie ponieśliśmy ogromne straty, nie tylko na froncie, ale i na tyłach, gdzie grasowały bandy niemieckich maruderów. Po przełamaniu wału poszliśmy na Kołobrzeg. Atakowaliśmy potężnie umocnione miasto, nie mając początkowo odpowiedniego wsparcia artylerii. Zostałem ponownie ranny, znów byłem zasypany. Wylądowałem w szpitalu w Gryficach, a po wyleczeniu znalazłem się w Płotach, w głównych magazynach łączności i. Armii WP. Tu zastał mnie koniec wojny 8 maja 1945 r. Z wojska nie odszedłem od razu, ponieważ jednostkę moją przerzucono na południe do Kłodzka, do Oddziałów Ochrony Pogranicza. Patrolowaliśmy granicę w rejonie Kotliny Kłodzkiej, co do której rościli sobie pretensje bracia Czesi. 21 XI 1945 r. zostałem zdemobilizowany, 23 XI zapisałem się na Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Warszawskiego. Miałem wówczas 24 lata. |