|
Leszek Migrała Z RODU KMIETOWICZÓWKmietowiczowie należą do starego rodu z dawna osiadłego na Sądecczyźnie. Wzmianki w Polskim Słowniku Biograficznym informują, że Kmietowiczowie zaliczali się do mieszczan starosądeckich już w XVI wieku, tego też okresu dotyczą zapiski o tej rodzinie zawarte w aktach miejskich Nowego Sącza. Współczesna tradycja rodzinna, poświadczona ustaleniami Franka i Wita Kmietowiczów z Muszyny, historię rodu rozpoczyna jednak dopiero z końcem XVII stulecia, powołując się na Inwentarz majętności konwentu starosudeckiego... z 1698 roku. Wykaz ten zawiera listę kmieci, zagrodników, chałupników i dzierżawców ze Starego Sącza w roku 1690, gdzie obok imienia i nazwiska umieszczono powinności danej osoby względem klasztoru. W dokumencie tym odnajdujemy nazwisko Kmietowiczów, ściślej Wojciecha i Tomasza Kmietowiców. Osoby te występują jako kmiecie, raczej zamożni, sądząc po rozmiarach powinności wykonywanych na rzecz klasztoru Klarysek. Wiadomo także, że Wojciecha lub Tomasza stać było na wykształcenie synów Marcina i Antoniego na księży. Pierwszy z nich, czyli Marcin, byt proboszczem w Muszynie, sprowadzając tam swego brata Michała, czym przyczynił się do zapoczątkowania muszyńskiej linii rodu. Kolejna gałąź Kmietowiczów, wywodząca się z Nowego Sącza, zadomowiła się w Krynicy, i było to zapewne w końcu XIX wieku. *** Wśród Kmietowiczów są osoby, które dobrze zasłużyły się potomności. Krynicki odłam rodu chwalebnie reprezentuje dr Franciszek Kmietowicz, jeden z organizatorów tamtejszego zdrojowiska, który jako lekarz miejski i prezes komisji zdrojowej odegrał poważną rolę w unowocześnianiu Krynicy, a jako jej burmistrz w latach 1914-1922 chlubnie manifestował patriotyzm polski i szczere przywiązanie do rodzinnych stron. Synem Franciszka Kmietowicza był Franciszek Ksawery, również lekarz, znakomity uczony, docent fizykoterapii Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, w latach 1911-1914 czynny organizator drużyn harcerskich i strzeleckich na terenie Nowego Sącza. Ze starosądeckiej gałęzi rodu pochodził Antoni Kmietowicz, burmistrz Starego Sącza, a następnie poseł dwukrotnie wybierany do sejmu galicyjskiego. Najbardziej jednak znanym przedstawicielem rodu pozostaje Józef Leopold Kmietowicz, przywódca powstania chochołowskiego w 1846 roku, którego pamięci niniejszy artykuł, z tytułu 150-rocznicy „poruseństwa", poświęcam. Ksiądz Józef Leopold Kmietowicz urodził się 14 listopada 1819 roku w Starym Sączu. Starosądeccy Kmietowiczowie dbali o wykształcenie, nic zatem dziwnego, że gimnazjum w Nowym Sączu ukończyło kilku ich przedstawicieli, a w gronie tym: Józef Leopold. Gimnazjum nie było końcowym etapem jego . edukacji. Dalszą naukę kontynuował w zakresie filozofii przez rok w Koszycach na Słowacji, a następnie przez kolejny rok w Tarnowie. Mimo iż Józef Leopold określany bywa przez historyków raczej jako pilny niż utalentowany, to jednak zdaje się, że bez kłopotów odbył studia teologiczne i w 1843 roku uzyskał święcenia kapłańskie. Okres pobytu w Tarnowie jest ważny w biografii młodego Kmietowicza również i z tego względu, że zetknął się wówczas z Julianem Maciejem Goslarem, poetą, a przede wszystkim płomiennym agitatorem i radykalnym demokratą, później blisko związanym z Edwardem Dembowskim. Nim to nastąpiło, zwykłą koleją rzeczy, pobyt Józefa Leopolda Kmietowicza w Tarnowie dobiegł końca. Pierwszą placówką młodego księdza była Dobra, a zaraz po niej Chochołów. Według Mariana Tyrowicza, posady wikariuszowskie w miejscowościach górskich miały związek z zaleceniami lekarskimi, nakazującymi Kmietowiczowi mieć wzgląd na zagrożone płuca. Lekarstwem na nie miało być świeże powietrze i uznana powszechnie żętyca. W Chochołowie młody wikary zetknął się ze społecznością góralską od lat podminowaną krzyczącą niesprawiedliwością jakiej doznawali mieszkańcy siedmiu wsi podhalańskich: Chochołowa, Czarnego Dunajca, Wróblówki, Podczerwonego, Witowa, Cichego i Dzianisza. Jak pisze Stefan Kieniewicz „(...) przed rozbiorami ciągnęły się tu królewszczyzny, których poddani służyli w piechocie wybranieckiej". Już z tego powodu mieszkańcy państwa czarnodunajeckiego mogli nosić wysoko głowy, a szczególnie chochołowianie, z których „(...) blisko trzecia część należała do sołtysów dziedzicznych i przechowywała przywileje królewskie zwalniające od pańszczyzny, czynszów i podatków". W czasach zaborów mało kto jednak chciał pamiętać o zasługach chochołowian dla Ojczyzny. 0 tym, jak w latach potopu szwedzkiego walczyli pod wodzą starosty babimojskiego, Krzysztofa Żegockiego, a w latach 1771-1772 uczestniczyli w walkach konfederacji barskiej. Rząd austriacki, obojętny na przeszłość, odsprzedał państwo czarnodunajeckie Janowi Pajączkowskiemu, a ten z kolei zgodził się na zbycie majątku gromadzie wspomnianych siedmiu wsi. Z pozoru wszystko było w najlepszym porządku. Pełnomocnik górali - ks. Józef Szczurkowski z Krościenka, wziął sprawy w swoje ręce, ale tak, że to w końcu on sam został uznany za właściciela państwa czarnodunajeckiego. Kiedy kolejnym prawnym właścicielem dóbr został Kajetan Borowski, górale zostali wystawieni na najcięższe próby. „Borowski uciskał ich, odbierał im pastwiska, szykanował na wszelkie sposoby, próby oporu łamał siły zbrojną. " Podhalanie nie zrezygnowali, tym bardziej, że znaleźli orędownika swej sprawy w osobie Jana Kantego Andrusikiewicza, mianowanego w 1833 roku przez konsystorz tarnowski nauczycielem parafialnym i organistą w Chochołowie. Ostatecznie górale uzyskali prawa własności do z dawna nabytych dóbr dopiero w 1867 roku. Wcześniej, w latach czterdziestych, rozgoryczona ludność łatwo dała się porwać propagandzie patriotyczno-demokratycznej, uprawianej przez Andrusikiewicza, ks. Kmietowicza, ks. Głowackiego - wikarego z Poronina i kilku jeszcze księży z najbliższych okolic. Jaki był charakter tej agitacji trudno dociec. Pewne jest tylko, że 1 listopada 1845 roku przybył na Podhale Goslar, przywożąc tutaj swoją słynną odezwę o radykalnej treści. Cytując za Stefanem Kieniewiczem czytamy w niej: „Pracujesz, ludu, od świtu do nocy ale nie masz nic ze swej pracy. Taki nie może być wola Chrystusa, ziemia bowiem jest naprzód własnością Boga, a potem tego, kto na niej pracuje. Oddajcie Bogu co Boże, a cesarzowi co cesarskie mówi Pismo. Zgoda, niech sobie bierze cesarz swoich urzędników, niech wracaj do Wiednia. Ale oddajcie chłopu to, co chłopskie: jego ziemię, inwentarz, prawo stanowienia o sobie." Wszystko to wskazuje - pisze historyk - że argumenty natury społecznej grały ważną rolę w tej propagandzie, chociaż ustępowały, być może, patriotycznym i religijnym. Tak zapewne było na Podhalu, ale inaczej działo się na pozostałych obszarach Galicji Zachodniej, przygotowywanej przez spiskowców i agitatorów do trójzaborowego powstania, które projektowane było przez Centralizację Poznańską, kierowaną przez Karola Libelta, choć formalnie podległą emigracyjnemu Towarzystwu Demokratycznemu Polskiemu. Różnica polegała na tym, że gdy na Podhalu chłopi poruszeni patriotyzmem Kmietowicza i Andrusikiewicza gotowi byli bić Austriaków i wystąpić w obronie sprawy narodowej, to na terenach sąsiednich, ludność wiejska zbałamucona przez administrację austriacką mitem dobrego cesarza, sponiewierana przez poddaństwo i pańszczyznę, odżegnywała się od walki z zaborcą. Co więcej, chłopi lękali się pańskiego powstania zastraszeni pogłoskami, iż szlachta gotuje się do mordowania ludu. Kto był winien tej dezinformacji? Jeśli nawet nie da się odpowiedzieć na to pytanie wprost, to wiadomo, że starosta tarnowski Józef Breinl, wbrew zaleceniom swoich zwierzchników, podsycał wystąpienie chłopów przeciwko gotującej się do walki z zaborcą szlachcie. W tej sytuacji szanse powstania w Galicji od początku przedstawiały się źle. Jak powszechnie wiadomo projektowane powstanie trójzaborowe, którego termin wybuchu uzgodniono na zapusty na noc z 21 na 22 lutego, w zasadzie nie doszło do skutku, a krótkotrwałe sukcesy osiągnęło jedynie w Krakowie. W Galicji Zachodniej natomiast przemieniło się w krwawą rzeź na tle socjalnym, określaną jako rabacja galicyjska. Przedwcześnie, o trzy dni w stosunku do wyznaczonego terminu, rozpoczęta akcja powstańcza zmierzająca do zdobycia Tarnowa, zakończyła się kompletną klęską. Chłopi rozbrajali, niekiedy zabijali i wydawali ziemiańskich powstańców w ręce Austriaków, za co zresztą Breinl nie wahał się wypłacać nagród pieniężnych. W ślad za tymi wydarzeniami poszedł rabunek około 400 dworów i śmierć ponad 1000 szlachty, oficjalistów i inteligencji wiejskiej. Inaczej rzecz się miała na Podhalu, gdzie, jak pisze historyk: „Zaczęła się zaznaczać rola przewodnia Kmietowicza w lokalnym spisku". Tutaj akcja wszczęta przez górali rozpoczęła się planowo, nocą z 21 na 22 lutego. Zasadniczym celem działań miało być zajęcie Wadowic. Wcześniej jednak, widzimy ks. Józefa Leopolda Kmietowicza w najważniejszym momencie życia, występującego w roli autorytetu wzywającego do powstania. W kronice rodzinnej odnajdujemy na tę okoliczność taką oto relację sądową uczestnika tamtych wydarzeń, Wojciecha Lebiockiego: „Gdym przyszedł do księdza Józefa Leopolda Kmietowicza, zastałem księdza w komży i stule (...) Ksiądz częstował mnie winem, którego kilka szklanek wypiłem. A gdy się chłopi poschodzili ksiądz jakąś modlitwę odczytał, potem chłopstwu oświadczył, że tego dnia rządy austriackie ustały, że zupełna wolność nastanie, że nie będzie podatków, ani akcyzy więcej płacić, jak tylko tyle ile potrzeba będzie na utrzymanie wojska... ". Po tej zachęcie, przy udziale niewielkiej grupki zaufanych gospodarzy, Kmietowicz i Andrusikiewicz, w nocy rozbroili straż skarbową w Chochołowie, następnie takiż sam posterunek w Suchej Horze, już po węgierskiej stronie, a na koniec jeszcze strażników w Witowie. W wyniku tej akcji zagarnięto nieco pieniędzy, wzięto trochę broni, zburzono słupy graniczne. Jak stwierdza Marian Tyrowicz, następnego dnia z rana, a było to w niedzielę zapustną, Andrusikiewicz chciał od razu atakować Wadowice. Wstrzymany w tym zamiarze przez ks. Kmietowicza, który za niechętną zgodą ks. Sutorskiego, proboszcza chochołowskiego, wygłosił na sumie kazanie, określane przez historyków jako płomienne z akcentami politycznymi, bądź też jako wzruszające choć nieco bałamutne. Bez wątpienia przemowa ks. Kmietowicza trafiła góralom do przekonania skoro wieczorem w niedzielę zdołano zebrać oddział liczący kilkuset mieszkańców Chochołowa i kilku okolicznych miejscowości, który mógł ważyć się na zamiar atakowania Nowego Targu. Nie doszło do tego. Austriacy na wieść o „poruseństwie" chochołowskim zmobilizowali dostępne im siły i przy udziale zbałamuconych mieszkańców, między innymi Czarnego Dunajca, pokusili się o spacyfikowanie zarzewia buntu. Próbę taką podjął Romuald Futowski, dowódca straży skarbowej. Według Mariana Tyrowicza chochołowian zaskoczyło nocne najście wrogiego oddziału. Andrusikiewicz i Kmietowicz w pośpiechu zbierali ludzi. „Wikary wybiegł na gościniec w płaszczu narzuconym na koszulę, obok niego góral ze światłem w ręce. To ułatwiło strzelanie strażnikom Fiutowskiego; z trzech strzałów, dwa raniły go w rękę, toteż wycofał się czym prędzej do chałup na opatrunek. " Niestety, niebawem ranę odniósł również Andrusikiewicz pchnięty bagnetem w brzuch. Krótkie starcie pociągnęło za sobą kilka ofiar po obydwu stronach. Napastnicy wprawdzie odstąpili, niemniej losy „poruseństwa" zostały przesądzone. Rana Andrusikiewicza wykluczała dalsze jego kierownictwo ruchem góralskim. Ks. Kmietowicz osamotniony nie był w stanie stawiać dalszego oporu, tym bardziej, że zdawał już sobie sprawę, że antyaustriacka akcja górali ma charakter izolowany. W tej sytuacji, 23 lutego, gdy od Nowego Targu nadciągnęły siły na czele z Bernardem Molitorem, ks. Kmietowicz skapitulował. Jego los był nie do pozazdroszczenia. Zakuty w kajdany, podobnie zresztą jak Andrusikiewicz i Głowacki, przeszedł drogę aresztów i więzień od Czarnego Dunajca poprzez Nowy Targ i Nowy Sącz aż do Lwowa. Z więźniami postępowano okrutnie. Ks. Michał Głowacki nie przeżył brutalnego traktowania. Zmarł w kilka miesięcy po aresztowaniu w szpitalu wojskowym w Nowym Sączu. 1 lipca zapadł wyrok. Ks. Józef Leopold Kmietowicz skazany został na śmierć przez powieszenie, Jan Kanty Andrusikiewicz na 20 lat więzienia. Posępna decyzja sądu nie została na szczęście wykonana na chochołowskim wikarym. Biskup tarnowski, ks. Józef Grzegorz Wojtarowicz, nie zgodził się na pozbawienie ks. Kmietowicza godności kapłańskiej, bez czego wyrok nie mógł być wykonany. Zamiast tego nastąpiła zamiana kary śmierci na 20 lat więzienia. Najbliższe kilkanaście miesięcy spędził ks. Kmietowicz najpierw w niesławnym Kufsteinie w Tyrolu, a później w Spielbergu na Morawach. Wiosna Ludów w Austrii wraz z amnestią przyniosła kolejną odmianę losu. W początkach kwietnia ks. Kmietowicz szczęśliwie powrócił do rodzinnego Starego Sącza. Miał zrujnowane zdrowie i był bez środków do życia. Na wniosek Marcelego Żuka, Rada Narodowa Starego Sącza uchwaliła w lipcu 1848 roku pomoc materialną swojemu krajanowi, wynoszącą 50 zł reńskich, jako jednorazowe wsparcie i miesięczny zasiłek w wysokości 10 zł reńskich. Ponadto starosądeckie klaryski ofiarowały mu mieszkanie i wyżywienie oraz opiekę w niedalekim Głębokim. Usilne starania przyjaciół spowodowały, że ks. Józef Leopold został wikarym w Muszynie, gdzie przebywał w latach 1848-1850. Z czasem powrócił do Starego Sącza. Zmarł 11 października 1859 roku. Grób jego zaznaczony jest skromnym obeliskiem na starosądeckim cmentarzu przy kościele św. Rocha. |