|
Jerzy Giza FRAGMENTY WSPOMNIEŃ
JANA KASZTELOWICZA: "Z początkiem marca 1920 roku przyjechaliśmy do Husiatynia. Było to miasteczko zamieszkałe przeważnie przez Ukraińców i Żydów. Przed wojną ważne jako graniczna stacja kolejowa. Obecnie zostały przeważnie ruiny, tak więc część batalionu umieściliśmy w okolicznych wioskach. W Husiatynie pełniłem obowiązki adiutanta batalionu. Roboty miałem dużo, zwłaszcza kancelaryjnej w związku z przejmowaniem rozbitków gen. Denikina. Armia ta była kompletnie rozbita, jej resztki szły lub jechały na wozach. Byli to oficerowie carscy z żonami i osobistymi bagażami, a z nimi cały szpital. Wyglądali rozpaczliwie, obdarci, wygłodniali, no i przygnębieni. Dużo było chorych na tyfus (...). Zaraz po połowie kwietnia zawagonowaliśmy się i przybyliśmy do rejonu koncentracji 1. pułku strzelców podhalańskich na południe od Jelska. Po przyjeździe, zastaliśmy tam wszystkie oddziały naszego pułku, który wszedł w skład Grupy płk. Józefa Rybaka (oprócz nas 2. pułk strzelców podhalańskich, 41. suwalski pułk piechoty i 7. brygada jazdy). Nasz I batalion uległ reorganizacji i jego obsada w chwili rozpoczęcia działań wojennych przedstawiała się następująco: dowódca kpt. Ludwik Maciejowski, adiutant batalionu ppor. Karol Mika, dowódca 1. kompanii por. Stanisław Jakób, dowódca 2. kompanii mój brat, ppor. Franciszek Kasztelowicz, dowódca 3. kompanii por. Stanisław Kwapniewski, dowódca 4. kompanii ja i dowódca 1. kompanii karabinów maszynowych ppor. Karol Różycki. Z młodych oficerów miałem na początku podchorążych Kanię, Radziszewskiego i Willmana, wszyscy niestety podszyci tchórzem, ale podoficerowie starzy i wypróbowani - byli prawdziwą podporą oddziału (...). Batalion nasz otrzymał samodzielne zadanie. Został przydzielony do kawalerii, która miała obejść lasami od północy i uderzyć na Malin. Zadanie to było o tyle ciężkie, że mieliśmy nadążyć piaszczystymi drogami za posuwającą się szybko kawalerią (...). Główna kolumna rozbiwszy bolszewików pod Malinem, już nie miała większych bojów, gdyż wojska bolszewickie wycofywały się, stosując swoją metodę szybkiego odwrotu. Dokładnie wydarzeń następnych dni już nie pamiętam, bo zachorowałem i leżałem na wozie bez przytomności. Lekarz batalionowy dr Krunholz chciał mnie odesłać do szpitala, ale kategorycznie się sprzeciwiłem, bo szliśmy pod Kijów, gdzie Bolesław Chrobry chadzał. Lekarstwa jednak nie pomagały. Po przybyciu nad rzekę Teterew dr Krunholz poprosił miejscowego felczera o pomoc. Starym, ale skutecznym lekarstwem okazał się rycynus (...). W pościgu za uchodzącymi bolszewikami kompanie z naszego pułku, poruczników Zygmunta Malika i Stanisława Skibickiego, wpadły na przedmieścia Kijowa pierwsze, ale rozkazem gen. Edwarda Śmigłego-Rydza zostały zatrzymane, bo wkroczyć jako zwycięska miała 1. dywizja piechoty Legionów. Było z tego powodu duże oburzenie (...). Kijów został zajęty bez większych walk. Bolszewicy wycofali się na prawy brzeg Dniepru, uszkodziwszy most, ale nie zdążyli go wysadzić. Chyba 1 2 maja przeszliśmy na wschodni brzeg rzeki do miejscowości Browary, gdzie organizowaliśmy przyczółek (...). Nasz baon był prawie cały czas w pierwszej linii na wzgórzu, a odcinek całego pułku ciągnął się na lewo od rzeki Desny, dopływu Dniepru, na prawym skrzydle tor kolejowy Kijów - Kursk. Na południe od toru miał odcinek 2. pułk strzelców podhalańskich. Ile było tych natarć bolszewickich trudno spamiętać, ale często były bardzo silne z pociągami pancernymi i lekkimi czołgami włącznie. Okopy mieliśmy rozbudowane i odrutowane. Domy i wioski na przedpolu były popalone przez bolszewików, a częściowo przez nas, aby był dobry ostrzał, zboże wykoszone. Czuliśmy jednak, że się długo nie utrzymamy w Kijowie, zwłaszcza gdy zaczęły dochodzić wiadomości, że na północy bolszewicy gromadzą wielkie siły. Jednego razu nasz batalion dostał zadanie dość ryzykowne, przeprawić się łodziami i pontonami przez rzekę Desnę i rozbić tam grupujące się oddziały. Wyruszyliśmy nocą, bo rankiem mieliśmy wrócić na swoje pozycje. Pontony mieli dostarczyć saperzy i oni też mieli nas przeprawić. Nie wiem z jakiej przyczyny, ale z tym sprzętem spóźnili się, tak że musieliśmy przeprawiać się łódkami. Przeprawa była niebezpieczna, gdyż woda rwąca, a z pobliskiej wsi dostaliśmy ogień. Niemniej uderzyliśmy na wieś i bolszewicy wycofali się (...). Pod Browarami mieliśmy dość duże straty. Ranny został tam m.in. ppor. Rudolf Klemens, z pochodzenia Madziar, który zgłosił się na ochotnika do Wojska Polskiego i był bardzo dzielnym oficerem, którego wszyscy lubili. Rany nie były całe szczęście groźne (...). 7 czerwca batalion nasz został wycofany na zachodni brzeg Dniepru, gdyż od północy zagrażali miastu bolszewicy. Następowała częściowa ewakuacja Kijowa. Oddziałom naszym naciskanym od południa i północy groziło okrążenie. I tak się też stało. Gdy wreszcie gen. Śmigły-Rydz dał rozkaz do odwrotu trzeba się było przebijać przez zagradzające nam drogę bolszewickie oddziały, które częściowo obsadzały już rzekę Irpień. Przyczółek Browary został opuszczony 9 czerwca. Wysadzono mosty kolejowy i drogowy. Przebijanie się przebiegało w trzech kolumnach. Bolszewicy nad Irpieniem nie stawili wielkiego oporu, bo było ich jeszcze zbyt mało, ale nad rzeką Teterew opór był bardzo silny. Szliśmy przez lasy, terenem bagnistym lub piaszczystymi dróżkami. Do ciężkich walk doszło pod Demidową, gdzie mieliśmy za zadanie odciągnąć uwagę nieprzyjaciela od Borodzianki przez którą prowadziła szosa i most odpowiedni dla przeprawy wojsk i taborów. Tam przeprawiały się oddziały 1. dywizji piechoty Legionów, na czele z S. pułkiem piechoty legionów dowodzonym przez mjr. Jerzego Dobrodzickiego, byłego oficera 20. austriackiego pułku piechoty, który podczas tych starć został ciężko ranny. Rzeka została jednak sforsowana, a pierścień okrążenia przebity. Oddziały podhalańskie tworzyły straż tylną. Po przejściu wszystkich naszych oddziałów, 1. i 2. pułk strzelców podhalańskich, już pod naporem bolszewików, przedarły się i rozpoczęły wyścig, aby nie dać się zamknąć w kolejnym okrążeniu nad rzeką Uszą. Nasza grupa cofała się we dnie i w nocy na kolejne linie obrony. Odwrót był ciężki, marsze forsowne, bez jedzenia, gdyż kuchnie nie mogły w takim tempie gotować. W tych warunkach piechota nasza ledwie już szła i tylko strach przed kawalerią Budionnego zmuszał żołnierzy do dalszego marszu i to marszu razem, bo kto zostawał w tyle, był wyłapywany i mordowany. Ten strach potęgowany ogromnym zmęczeniem był tak duży, iż żołnierze wszędzie widzieli bolszewicką kawalerię. Pamiętam, że podczas jednego z postojów, w nocy pod nasze placówki podeszły krowy. Rozpoczęła się bezładna strzelanina i zapanowała panika, którą dopiero opanowano po stwierdzeniu przez patrol oficerski, że to nie jest kawaleria, a tylko ukryte przez Ukraińców w lesie bydło (...). Drugi przykład na taką psychozę związaną z kawalerią Budionnego to wydarzenia pod Owruczem, gdzie mieliśmy linię obronną ukrytą w lesie. Po okopaniu się czekaliśmy na podejście bolszewików. Wtedy to w nasze okopy wpadła grupa kawalerii gen. Stanisława Bułak-Bałachowicza, którą wzięto za jazdę bolszewicką. Obyło się całe szczęście bez ofiar mimo krótkiej salwy spanikowanych żołnierzy. Oddział bałachowców to była zbieranina różnych rabusiów, którzy bili się dzielnie, tam gdzie można się było dobrze obłowić. Nie wykonywali oni rozkazów jak się należy, działając zwykle na własną rękę. W tym wypadku pozostali też gdzieś na tyłach i potem naciśnięci przez bolszewików wpadli między nasze szeregi szukać oparcia w regularnej piechocie, a swoim nagłym zjawieniem się wprowadzili zamieszanie grożące paniką. Niedługo po tym natarli potężnie bolszewicy i żołnierze bez rozkazu zaczęli się wycofywać. Nie pomogła nawet moja laska, którą starałem się uciekających zaganiać z powrotem na pozycje. Sytuację uratował kontratak pozostałych batalionów naszego pułku i wspólny odwrót na rozkaz płk. K. Horoszkiewicza (...). Cofając się dalej, zorganizowaliśmy obronę na linii rzeki Uborć, ale i to miejsce bez styczności z nieprzyjacielem musieliśmy opuścić, aby się nie dać oskrzydlić. Koło połowy lipca nad Horyniem koło Stolina spędziliśmy kilka dni. Nasz batalion zajmował pozycje na prawym skrzydle pułku, stacjonując w małej wiosce, zamieszkałej przez szlachtę zagrodową, która na wygląd była całkiem schłopiała i często biedniejsza nawet od tutejszych chłopów, ale duma ze swego pochodzenia. Chętnie nam pokazywano dowody szlachectwa. Bardzo to wszystko wyglądało zabawnie, bo byli to biedacy, którzy często jeść nie mieli co, ale dumę rodową podtrzymywali (...). Potem znów odwrót na linię rzeki Styr i dalej na linię rzeki Piny. Były tam okopy z wojny światowej, które wykorzystaliśmy do obrony. Dobrze, iż pogoda dopisywała, bo w czasie deszczów trudno byłoby chodzić, takie tam były błota. Poza tym mogliśmy spać w okopach, bo w domach tych Poleszczuków był przeraźliwy brud, smród, pluskwy i wszy. Z tej pozycji też musieliśmy się jednak wycofać w kierunku Brześcia, który miał być miejscem ostatecznego oporu (...). Wskutek długotrwałego odwrotu i trudów wojennych nastroje w oddziałach były marne. Nasz dowódca batalionu kpt. L. Maciejowski zupełnie stracił ducha, pomimo że został odznaczony jako pierwszy w 1. pułku strzelców podhalańskich, a może i w całej brygadzie górskiej Srebrnym Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari. Stale mówił, że zatrzymamy się dopiero w Poznaniu, gdzie organizuje się armia gen. Hallera. Po wycofaniu się z Pińska nasz batalion był strażą tylną i miał osłaniać odwrót całej Grupy gen. Sikorskiego. Cofaliśmy się powoli od stanowiska do stanowiska, aż dotarliśmy do Brześcia zaraz na początku sierpnia, gdzie umieszczono nas w cytadeli. W nocy zostaliśmy zaalarmowani, bo bolszewicy wielkimi siłami natarli na miasto i broniące go oddziały zaczęły się wycofywać. Noc była jasna i wszystko widać było jak na dłoni. Wyruszyliśmy więc do nocnego kontrataku, a byliśmy do takich wypadów już przyzwyczajeni. Dowódca batalionu kpt. L. Maciejowski przyłączył się do mojej 4. kompanii i uderzyliśmy na koszary, gdzie już znajdowali się bolszewicy. Ten atak na bagnety przyniósł nam sukces, ale wycofaliśmy się do cytadeli, aby następnej nocy objąć odcinek na linii Terespol - most kolejowy. W ciągu dnia bolszewicy próbowali ponownie przedostać się przez Bug. Atakowali wielkimi siłami most kolejowy i mimo naszego ognia karabinów maszynowych, który dziesiątkował ich szeregi, pchali się dalej. Części z nich udało się dostać na lewy brzeg rzeki. Dostaliśmy wsparcie naszych oddziałów i wspólnymi siłami wyrzuciliśmy ich z powrotem na drugi brzeg. Wielu dostało się do niewoli, zostało zabitych lub utopiło się w Bugu. Mimo tych sukcesów groziło nam otoczenie, więc po paru dniach wycofaliśmy się na linię rzeki Wieprz, gdzie za zasłoną rzeki organizowała się grupa uderzeniowa złożona z najlepszych oddziałów Wojska Polskiego. Batalion nasz otrzymał odcinek na wysokości Kocka. Szybko wykopaliśmy okopy i czekaliśmy na bolszewików, ale ci nie atakowali. Tutaj też dostaliśmy uzupełnienia dość liczne, składające się z samych ochotników, przeważnie młodzieży szkolnej, która na wezwanie rządu RP masowo zgłaszała się do wojska. Musieliśmy ich szybko doszkolić, ale trudniej było zaprawić ich do marszów, co potem w czasie naszej ofensywy dało się odczuć. W tym czasie bolszewicy podchodzili już pod Warszawę. Ciężkie walki toczyły się m.in. w rejonie Radzymina, a na południu pozostała przecież kawaleria Budionnego, która mogła uderzyć na nasze tyły. Wreszcie 15 sierpni a 1920 roku nasz batalion, który znów miał iść jako taran pułku w straży przedniej, dostał wiadomość o uderzeniu. Czekaliśmy świtu. Patrole wysłałem na wyszukiwanie brodów, gdyż mieliśmy przechodzić rzekę Wieprz. Pierwszy cel to Łuków, potem Siedlce, Sokołów i dalej aż na Białystok. Obsada batalionu nie zmieniła się, tylko na dowódcę 1. kompanii został wyznaczony ppor. Rudolf Klemens, który z ran wykurowawszy się, do pułku powrócił. Po wysłaniu patroli, rozlokowaliśmy się na brzegu, który był wyższy niż przeciwny. Po północy podeszliśmy do wyznaczonych brodów, przez które przeszliśmy po pas w wodzie na drugi brzeg bez strzału. Równocześnie przeszły rzekę i inne oddziały, a potem ruszyła kawaleria i ochotnicy na własnych koniach z lancami. Wyglądało to ładnie i ducha w piechurach podniosło. Po przejściu rzeki uformowaliśmy się do marszu pościgowego i ruszyliśmy na Łuków. Tam bolszewicy stawili nam pierwszy opór, ale nie bronili się długo, pierzchając w kierunku Siedlec. W Siedlcach bronili się silniej, bo uzbroili dużo miejscowych Żydów, którzy im sprzyjali. 18 sierpnia zdobyliśmy miasto, gdzie wpadło nam w ręce sporo jeńców i materiału wojennego (...).O świcie znowu szybki marsz na Sokołów bez wielkich przeszkód, miasto zajęte właściwie bez walki. Byliśmy na tyłach wojsk bolszewickich walczących pod Warszawą. O tym jednak nie było czasu myśleć, bo ciągle nadchodziły rozkazy: naprzód! Nasi ochotnicy, którzy uzupełnili batalion nie byli przyzwyczajeni do takiego tempa marszu w butach żołnierskich, więc nogi poodparzali i często szli boso dalej. Ale szli dzielnie, chociaż nogi mieli pokrwawione, a plecy poodparzane od plecaków. Tych, którzy nie mogli iść wsadzaliśmy na wozy taborowe (...). 1.dywizja piechoty Legionów jako lepiej od nas wyposażona, mająca wiece] wozów i koni do dyspozycji, wyprzedziła nas i ona po ciężkich walkach z bolszewikami zdobyła Białystok. Naszą dywizję górską planowano użyć tam, gdzie stworzyłoby się największe niebezpieczeństwo. We wrześniu zwycięstwo nasze było już przesądzone. Odwrót bolszewików na całej linii i to odwrót w popłochu. Plan działania ułożony przez Józefa Piłsudskiego i prowadzony przez Niego osobiście udał się, pomimo dużego ryzyka, dlatego nazwano go "cudem nad Wisłą". Po przybyciu do Białegostoku nasz pułk był wyznaczony początkowo do służby garnizonowej, która polegała na wyłapywaniu ukrytych i poprzebieranych po cywilnemu bolszewików oraz dozorowaniu najbliższej okolicy. Pod sam koniec sierpnia stoczyliśmy jeszcze ciężkie walki o Gródek na wschód od Białegostoku. W tym też czasie nadeszły pierwsze awanse. Kapitan Ludwik Maciejowski został majorem, a porucznicy Józef Giza (adiutant pułku) i Stanisław Kwapniewski zostali kapitanami. Młodsi oficerowie niestety nie awansowali, bo w warunkach wojennych biuro personalne Ministerstwa Spraw Wojskowych nie zdążyło ustalić starszeństwa. Toteż "pełnym" porucznikiem zostałem dopiero po zakończeniu wojny w Nowym Sączu (...). Po połowie września na kolejny poważniejszy opór natrafiliśmy pod Sokółką, już niedaleko Grodna. Byliśmy w odwodzie. Miasto zaatakował 2. pułk strzelców podhalańskich, a II brygada górska złożona z 3. i 4. pułku strzelców podhalańskich uderzyła na wzgórza za Sokółką. Natarcie się nie powiodło, bo bolszewicy byli dobrze usadowieni w wysuniętych placówkach grodzieńskiej twierdzy. Wobec takiej sytuacji nasz pułk otrzymał zadanie ponownego uderzenia na te pozycje. Natarcie miało być wykonane nocą, więc jeszcze w ciągu dnia poszliśmy rozeznać i wybrać podstawy do uderzenia. Zostaliśmy ostrzelani ogniem artyleryjskim, ale nikt nie ucierpiał. W nocy podciągnęliśmy oddziały na pozycje wyjściowe i o 4 rano natarcie ruszyło. Bolszewicy byli kompletnie zaskoczeni, ale gdy ochłonęli stawili silny opór, broniąc każdego wzniesienia. Dochodziło wielokrotnie do walki wręcz, szło na bagnety. Strat nie mieliśmy całe szczęście zbyt dużo, ale zostali ranni kpt. Stanisław Kwapniewski, ppor. Rudolf Klemens (tym razem postrzał w policzek) i sierżant podchorąży Julian Skalski, który chcąc poderwać i dodać ducha swojemu plutonowi, zaczął śpiewać Jeszcze Polska nie zginęła i wkrótce atakowana wioska została zdobyta. Skalski to był legionista, pochodzący z Grybowa, który zgłosił się na ochotnika do pułku. Został jednak poważnie ranny, tak że amputowano mu nogę aż po kolano. Dostał za to Order Virtuti Militari, bo walnie przyczynił się wtedy do zwycięstwa. Były wtedy i inne przykłady postawy żołnierskiej. Tutaj właśnie musiałem użyć mojej laski na podporucznika Kanię, który miał za zadanie ze swoim plutonem osłaniać moje prawe skrzydło, a on bał się i stale przybliżał do mnie. Dopiero, gdy go uderzyłem ze złości, opamiętał się i nieco lepiej wypełniał rozkazy. Zawsze uważałem bowiem, że tylko własnym przykładem dowódca kompanii czy plutonu może pociągnąć żołnierzy za sobą. Takim właśnie swoim postępowaniem spowodowałem, iż natarcie mojej kompanii przechyliło zwycięstwo na stronę naszego pułku. Często więc jako pierwszy wpadałem do okopów bolszewickich i za to m.in. otrzymałem później Order Virtuti Militari i Krzyż Walecznych (...). Po zwycięskich walkach nastrój był wspaniały. Mieliśmy wielu rannych, ale zabitych nie było. Tu, gdzie II brygada górska dwa dni krwawiła się, nasz pułk odniósł zwycięstwo w krótkim czasie i bolszewików przepędził. Droga do Grodna została otwarta. Po wydaniu obiadu pułk zebrał się i udał w pościg za nieprzyjacielem. 26 września 1920 roku wkroczyliśmy do Grodna bez walki. Musieliśmy tylko trochę czekać, aż saperzy wybudują most pontonowy, bo bolszewicy wysadzili w powietrze most drogowy i kolejowy. Po krótkim odpoczynku i uporządkowaniu się ruszyliśmy kolumną w kierunku Lidy. Dalszy nasz marsz odbywał się w spokoju. Nie napotykaliśmy już na żaden opór. Szliśmy przez tereny opisywane przez Adama Mickiewicza. Byliśmy też nad jeziorem Świteź (...). Ponieważ rozpoczęły się rokowania pokojowe w Rydze, walk już nie było. Poprosiłem więc o urlop i dalej z pułkiem już nie przebywałem. Wyjechałem z najbliższej stacji kolejowej w Słonimiu i przez Wołkowysk dotarłem do Białegostoku, a potem przez Warszawę do domu. Tak skończyła się dla mnie wojna polsko-bolszewicka (...). Po urlopie powróciłem do pułku, który stacjonował w okolicach Oszmiany. Pod koniec listopada albo na początku grudnia rozpoczęły się przygotowania do powrotu do sądeckiego garnizonu. Do stacji kolejowej było daleko, więc rano wyruszyliśmy. Było już bardzo zimno, ale wszyscy cieszyli się z końca wojny i powrotu z frontu. Chyba 9 grudnia 1920 roku wreszcie dojechaliśmy pociągiem do Nowego Sącza. Tutaj okazało się, że dla naszego batalionu nie ma jeszcze przygotowanych koszar i po krótkim zatrzymaniu się na stacji, gdzie zgotowano nam bardzo skromne przywitanie, skierowano transport do Limanowej. Byliśmy tym oburzeni, ale cóż, nie miał się o nas kto zatroszczyć, bo mjr Maciejowski był na urlopie, a zastępującemu go oficerowi (staremu dekownikowi, którego nazwiska już nie pamiętam) zupełnie na tym nie zależało. Wieczorem przyjechaliśmy do Limanowej. Moja kompania miała kwaterować tuż za miastem. Na drugi dzień rozpoczęła się normalna praca wojskowa nad uporządkowaniem pododdziałów, taboru bojowego i kwater, aby przystosować się do przezimowania w tych nowych dla nas warunkach (...)". Nota biograficzna autora pamiętnika. Jan Kasztelowicz (1896-1959), podpułkownik służby stałej WP. Urodził się 10 grudnia 1896 roku w Piwnicznej jako syn Józefa i Marii Przybyły. Absolwent Seminarium Nauczycielskiego w Krośnie (1916 r.). Podczas I wojny światowej służył w austriackim 32. pułku Obrony Krajowej "Neu Sandez", walcząc na froncie włoskim i francuskim m.in. pod Verdun. W grudniu 1918 roku ochotniczo wstąpił w szeregi 1 . pułku strzelców podhalańskich w Nowym Sączu. Od stycznia 1919 do lipca tegoż roku bił się przeciwko wojskom ukraińskim w Małopolsce Wschodniej. W wojnie polsko-bolszewickiej wziął udział od kwietnia do października 1920 roku jako dowódca 4. kompanii 1. psp. W okresie pokojowym służył w nim do 1922 roku, po czym przeniesiony został do 61. pułku piechoty w Bydgoszczy z przydziałem na stanowisko wykładowcy do Centrum Strzeleckiego Wyszkolenia Piechoty. Od 1932 roku służył w 1. pułku piechoty Legionów w Wilnie, a potem w batalionie Korpusu Ochrony Pogranicza w Niemenczynie. Od 1938 roku był wykładowcą w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie. Podczas kampanii wrześniowej 1939 roku dowodził 111 batalionem 6. pułku piechoty Legionów, a od 12 września całym pułkiem, przebijając się z niemieckiego okrążenia aż na Lubelszczyznę, gdzie wziął udział w bitwie o Tomaszów Lubelski. W latach 1939-1945 przebywał w niemieckiej niewoli w Woldenbergu. Po zakończeniu II wojny światowej powrócił do Polski. Był szykanowany przez władze komunistyczne. Zmarł 28 czerwca 1959 roku w Rabce i pochowany został na tamtejszym cmentarzu. Awanse oficerskie: podporucznik 191 8, porucznik 1922, kapitan 1924, major 1932 (?), podpułkownik 1939. Był odznaczony m.in. Orderem Virtuti Militari V klasy, Krzyżem Walecznych i Srebrnym Krzyżem Zasługi. Pozostawił po sobie Wspomnienia, które nie były jeszcze publikowane. Był dwukrotnie żonaty. Z drugiego małżeństwa pozostawił syna Tomasza i córkę Annę Kasztelowicz-Roszkowską.Notę biograficzną sporządzono na podstawie książki Jerzego Gizy pt. Sądeccy kawalerowie Virtuti Militari 1918-1920 (oficerowie i żołnierze 1. pułku strzelców podhalańskich) - Kraków 1999. |