|
Jerzy Giza FRAGMENTY WSPOMNIEŃ KAZIMIERZA DUCHA: WOJSKO POLSKIE "W kwietniu 1920 roku przeniesiono cały sąd polowy do Baranowicz. W czasie wolnym od zajęć urządzaliśmy wycieczki w kierunku dawnych okopów niemiecko-rosyjskich (...). Z początkiem czerwca przesunięto nas do Sarn, a parę dni później do Kijowa. Sąd rozlokowano w willi, gdzie jak opowiadała ludność, mieściła się czerezwyczajka. W salach były ślady po kulach na wysokości głowy człowieka. Bolszewicy strzelali widocznie do przesłuchiwanych od biurka. Kijów ma prześliczne położenie. Otoczony jest wzgórzami pokrytymi lasami. Wspaniały jest Park Kupiecki, z którego roztacza się widok na Dniepr. Front w tym czasie rozłożył się w miejscowości Browary na wschodnim brzegu rzeki. Stale dochodziły odgłosy kanonady artyleryjskiej. Tam właśnie znajdował się m.in. 1. pułk strzelców podhalańskich. Wtedy to dowiedziałem się od kolegów jak charakterystyczny wypadek, dla ówczesnych stosunków w wojsku, wydarzył się przy zdobywaniu Kijowa. Otóż, w kierunku miasta posuwał się szybko II batalion 1 . psp kpt. Juliusza Siwaka. Gdy już dochodził do przedmieść, przyszedł rozkaz płk. Rybaka, iż batalion ma zatrzymać się, a do miasta ma wkroczyć jako pierwszy 6. pułk piechoty Legionów. Kapitan Siwak mimo grożenia mu sądem wojennym rozkazu nie wykonał, lecz wkroczył na karkach uciekających bolszewików do miasta i obsadził obydwa mosty. Najpierw weszły kompanie por. Zygmunta Malika i por. Władysława Kumora. Wszyscy dowódcy kompanii i dowódca batalionu otrzymali surową naganę za niesubordynację, ponieważ mimo zakazu zdobyli miasto. W komunikacie Sztabu Generalnego było podane, iż do Kijowa pierwszy wkroczył 6. pułk piechoty Legionów. Tak to wbrew prawdzie historycznej, reklamowano pułki legionowe, jak niegdyś austriackie naczelne dowództwo faworyzowało Węgrów kosztem słowiańskich pułków, aby utrzymać ich w wierności dla monarchii. Wierutną bzdurą jest zaś gadanie gen. Rybaka, iż Kijów został zajęty z tramwaju! Oficer ten był bardzo ostrożny i nigdy nie zaglądał do pierwszej linii. Nie miał pojęcia, co działo się na froncie w czasie walki. W swoich pamiętnikach podlizując się Rosji wypisywał rzeczy nikczemne, nazywając m.in. Józefa Piłsudskiego i Walerego Sławka austriackimi konfidentami (...). Po zajęciach w biurze wychodziliśmy często na miasto dla zwiedzania jego osobliwości. Tak jak Warszawa ma ul. Marszałkowską, tak Kijów ma ul. Kreszczatik. Tam znajdują się najbardziej eleganckie sklepy, m.in. kilka polskich, w tym księgarnia Idzikowskiego, sławna na całą Ukrainę. Zwiedziliśmy także Ławrę Peczerską ze zmumifikowanymi ciałami zakonników. Zobaczyliśmy także kilka pałaców. Znać było, że przeszła przez nie dzicz bolszewicka. Lustra i obrazy podziurawione kulami, stoły i fortepiany porąbane szablami, fotele i kanapy poprute, w każdym apartamencie ślady odchodów ludzkich (...). W kasynie garnizonowym stołował się m.in. gen. Edward Śmigły-Rydz, który dowodził 3. Armią. Raz w czasie obiadu zauważyliśmy wchodzącego kuriera, który wręczył pismo Śmigłemu. Nie dowiedzieliśmy się jednak wiele. Sztabowcy robili tajemnicze miny. Przez następne dwa dni urzędowaliśmy jak gdyby nic osobliwego nie zaszło. Tymczasem przy przesłuchiwaniu jednego z aresztantów, dowiedziałem się, iż niejaki Korzonek, który jest postrachem innych więźniów, planuje w nocy ucieczkę, bo nie chce dostać się do niewoli bolszewickiej. A więc i aresztanci wiedzieli, że sytuacja na froncie jest poważna i że wkrótce wojska polskie muszą opuścić Kijów (...). Następnego dnia otrzymaliśmy rozkaz, aby akta sądowe spalić, a aresztantów odesłać w głąb, ponieważ zarządzono odwrót. Sąd polowy miał być ewakuowany specjalnym pociągiem. Akt postanowiliśmy na razie nie palić, a aresztantów uzbroić, aby pilnowali bezpieczeństwa naszego pociągu. Zebrawszy uwięzionych poinformowałem ich, iż zarządzony został odwrót z Kijowa, dowództwo zaś nie chce ich zostawiać na pastwę bolszewików i daje okazję do rehabilitacji. jeżeli spiszą się dobrze, dochodzenia zostaną umorzone. Wywołało to entuzjazm wśród aresztantów, zostali więc uzbrojeni. Dzień później, rano, cały sąd został zawagonowany razem z teatrem i innymi jednostkami administracyjnymi. Ruszyliśmy o 10 rano w kierunku Korostenia. Wszędzie dopadali do nas żołnierze skarżący się na różne bestialstwa chłopów ukraińskich. Z trudem uratowaliśmy parę osób, które jako podejrzane chciano wieszać. Transporty kolejowe, które szły jednym ciągiem w krótkich odstępach od siebie, były zabezpieczone przez kolumny wojsk, które wszystkimi drogami maszerowały na zachód. Wieczorem, gdy dojeżdżaliśmy do stacji Borodzianka, wybuchł alarm. Oddział Kozaków zbliżył się do transportu i ostrzelał go. Uszykowawszy aresztantów w tyralierę, ruszyliśmy w kierunku bolszewików. Dołączył do nas oddział żołnierzy mjr. Monda. Po krótkiej strzelaninie nieprzyjaciel dopadł swych koni i uciekł, a transport ruszył w dalszą drogę. Udało się nam, bo zaatakowały nas niewielkie siły. W ciągu nocy dotarły pod Borodziankę większe siły bolszewickie i groziło niebezpieczeństwo odcięcia Grupy płk. Rybaka i wzięcie jej do niewoli. 1. pułk strzelców podhalańskich szedł niedaleko toru kolejowego i wraz z 5. pułkiem piechoty Legionów musiał przebijać się przez zaciskający się pierścień okrążenia. Podczas tej bitwy pod Borodzianką (12 czerwca 1920 r.) ciężko ranny został dowódca 5. pp Leg. mjr Jerzy Dobrodzicki. Zabrany do szpitala, uniknął śmierci, bo żołnierze Budionnego do niewoli nie brali, lecz zarąbywali jeńców szablami (...). W Sarnach, gdy rozpakowaliśmy akta sądowe, przystąpiliśmy do ich sortowania. ja zostawiłem tylko trzy sprawy, resztę przeznaczyłem na spalenie, gdyż przestępstwa nie były ciężkie, a aresztanci pod Borodzianką sprawili się dobrze. Zaczęła mnie też coraz bardziej złościć ta służba tyłowa w korpusie sądowym. Chciałem za wszelką cenę powrócić do służby w 1. pułku strzelców podhalańskich, ale znów wycofano nas, tym razem do Kowla. Tam dostałem sprawę śledztwa przeciwko dowódcy 25. pułku piechoty płk. Michałowi Zienkiewiczowi, którego oddał pod sąd płk Karol Schubert, dowódca 7. dywizji piechoty. Sprawa przedstawiała się w ten sposób: pod Tarczynem został zaatakowany przeważającymi siłami bolszewickiej kawalerii 26. pułk piechoty, którym dowodził ppłk Emanuel Hermann, były oficer armii austriackiej. Widząc przeważające siły nieprzyjaciela wysłał meldunek do dowódcy dywizji z prośbą o pomoc. Płk Schubert wydał polecenie, aby 25. pp pomógł natychmiast 26. pp. Płk Zienkiewicz, który był niedaleko, maszerował jednak w tak powolnym tempie, że upłynęło kilka godzin zanim nadszedł z pomocą. Gdy jego oficerowie ponaglali go, odpowiedział: niech bolszewicy trochę zbiją tego Austriaka. Sam pochodził bowiem z byłej armii rosyjskiej i nie lubił oficerów z c.k. armii. Nie rozumiał, że to jest już Wojsko Polskie, a sprawa idzie o naszą niepodległość (...). ' Parę dni później przybyliśmy do Brześcia. Tam napisałem raport do gen. Śmigłego-Rydza z prośbą o przeniesienie mnie do służby liniowej w 1. pułku strzelców podhalańskich. Wszelkie formalności zabrały mi wiele czasu i do pułku, który znajdował się koło Białegostoku, dotarłem dopiero 25 sierpnia 1920 roku. Dowódca 1. psp płk Kazimierz Horoszkiewicz przydzielił mi dowództwo nad 6. kompanią, którą dotychczas dowodził por. Marceli Kiedrzyński, nieznany mi oficer byłej armii rosyjskiej. Oddał mi dowództwo bez okazywania niezadowolenia. Po tygodniu wezwano mnie do dowództwa 1. psp, gdzie płk Horoszkiewicz oświadczył mi, iż mjr Leon Schneider, dotychczasowy dowódca II batalionu zameldował się chorym. Miałem więc objąć dowództwo i zaprowadzić porządek. Pozwolono mi też wybrać dowódców kompanii. Ponieważ znałem dobrze oficerów pułku, uczyniłem to z radością i odpowiedzialnie. Wybrałem następującą obsadę: 5. kompania - por. Stanisław Juszczakiewicz, 6. kompania - por. Marceli Kiedrzyński, 7. kompania - por. Władysław Kumor, 8. kompania - por. Mieczysław Duch i kompania karabinów maszynowych - por. Edward Izdebski. Wszyscy oni lubili trochę popić, ale byli bojowo pierwszorzędnymi oficerami. Adiutantem batalionu był por. Leopold Ombach, pochodzący z kolonistów niemieckich w Nowym Sączu, ale rodzina była już zupełnie spolonizowana. Po kilkudniowym odpoczynku i ćwiczeniach w Białymstoku batalion wrócił do pierwszej linii. Nastrój w korpusie oficerskim był bardzo dobry i wszyscy oczekiwali gorąco terminu dalszej ofensywy. By urozmaicić nudny pobyt w okopach, urządziliśmy na własną odpowiedzialność, nocną konną wyprawę na bolszewików. Każdy dowódca kompanii miał konia, dowódca batalionu i adiutant również, a prócz tego było trzech konnych gońców przy dowództwie batalionu. W sile dziewięciu ludzi wpadliśmy na główne siły nieprzyjaciela, ostrzelaliśmy ich z pistoletów, a wywoławszy panikę, wróciliśmy spiesznie do batalionu. Nikomu nic się nie stało, może dzięki temu, że jak to mówią, pijanego Pan Bóg strzeże. Ofensywa rozpoczęła się z końcem września. 1. i 2. pułk strzelców podhalańskich szły jak na manewrach. Przełamaliśmy kilka bolszewickich linii oporu, wzięliśmy kilkuset jeńców. Na prawo od nas walczył 4. pułk strzelców podhalańskich i długi czas nie mógł przełamać nieprzyjacielskich linii. W walkach tych był ciężko ranny mój były szef z sądu polowego ppłk Mikołaj Kostecki (...). Podczas dalszej ofensywy na forty Grodna mój batalion - ku naszemu wielkiemu niezadowoleniu - został czasowo przydzielony do 2. pułku strzelców podhalańskich. Musieliśmy pracować na konto obcego pułku, w którym wysługiwano się nami m.in. podczas zdobywania fortu nr III. Po krótkim przygotowaniu artyleryjskim rozpoczęliśmy atak w pierwszej linii. Za nami miał posuwać się 2. psp., którym dowodził płk Gustaw Truskolaski. Przed rozpoczęciem ataku powiedział do mnie, aby zbytnio nie pędzić naprzód, gdyż 2. psp będzie szedł "wie die alten Landsturmmanner gehen". Tak też istotnie było. Mimo to, rozpoczęliśmy atak i ruszyliśmy naprzód jak diabły. Osiągnęliśmy Niemen i fort nr III został przez nas zdobyty. Tymczasem w rozkazie dziennym dowództwa Dywizji Górskiej wyrażano podziękowanie za to 2. psp! Płk Horoszkiewicz protestował, żądając sprostowania na korzyść II batalionu naszego pułku. Nic to jednak nie pomogło i tak kłamstwo przyschło. Natomiast zaraz po skończonej kampanii dowódca naszego pułku oddał honor II batalionowi za zdobycie fortu głównego, które w dużej mierze zdecydowało o losach twierdzy Grodno. Na sztandarze 1. pułku strzelców podhalańskich wypisano później nazwę Grodno obok trzech innych miejsc naszej największej chwały w wojnie 1920 roku (...). Nad Niemnem był uprzednio most, który bolszewicy zniszczyli. Pozostały pale sterczące nad wodą. Zebraliśmy deski, nagromadziliśmy nawet drzwi pozdejmowanych z okolicznych domów, tak aby można było przystąpić do przeprawy. Kompania karabinów maszynowych ppor. Izdebskiego pokryła ogniem domy vis a vis, zaś 5. kompania por. Juszczakiewicza rozpoczęła atak. Kiedy wchodziliśmy do Grodna, rzuciła mi się na szyję młoda kobieta wołając: witajcie nasi zbawcy! Poleciłem żołnierzom skontrolować całe miasto opuszczone już przez bolszewików. Rozeszli się i powrócili na obiad objuczeni pakunkami, częściowo obdarowani przez ludność, a częściowo z rekwizycji w sklepach żydowskich, bo byli wściekli, iż ci - popierając bolszewików - strzelali do naszych oddziałów. Kiedy szykowaliśmy się do odmarszu, nadszedł 205. pułk piechoty z dywizji ochotniczej ppłk. Adama Koca. Jakież było nasze zdziwienie, gdy trzy dni później poznaliśmy z gazet komunikat sztabu Naczelnego Dowództwa - przypisujący zasługę zdobycia Grodna dywizji ochotniczej. Ani słowa o Dywizji Górskiej! Ten sam rodzaj kłamstwa, jakie dotknęło nas podczas zdobycia Kijowa, rzekomo zajętego przez 6. pułk piechoty Legionów. Tym razem robiono reklamę dywizji, której pułkami dowodzili legioniści (...). W myśl rozkazu dowództwa armii posuwaliśmy się na wschód wzdłuż prawego brzegu Niemna ku Nowogródkowi. Nieprzyjaciel stawiał słaby opór. Za mało było czasu, aby zatrzymać się dłużej nad jeziorem Świteź, obok którego maszerowaliśmy. 18 października 1920 roku doszliśmy do Kajdanowa, gdzie zastało nas zawieszenie broni. Dywizja Górska została rozlokowana w rejonie Oszmiany. Oficer prowiantowy batalionu por. Romuald Malicki wyeksploatował cały rejon, tak że mieliśmy żywności na miesiąc. Z tyłów dochodziło niewiele. Intendentura pracowała niżej wszelkiej krytyki. Żołnierz był głodny i żal było patrzeć na tę jego nędzę. Całe szczęście, że sady pełne były owoców. Po naszym przybyciu do Oszmiany, dowódca I Brygady Górskiej płk Stanisław Wróblewski spowodował, że 2. psp zaprosił oficerów 1. psp na wspólną kolację do jednej z gospód. Pragnął on przez wspólne zejście się przy kieliszku załagodzić antagonizm, jaki od czasu bitwy pod Grodnem istniał między tymi dwoma pułkami. Zanim zaczęła się wspólna kolacja przezorny por. Juszczakiewicz wykupił prawie wszystką wódkę jaka tam była. Tak więc okazało się, że mamy do dyspozycji 36 litrowych butelek, a 2. psp 4! Wyszło na to, że 2. psp ofiarował jadło, a 1 . psp napoje. Nastrój był oziębły i polepszył się wtedy, gdy jeden z oficerów 2. psp wszedł pod stół i skomląc oświadczył, iż nie 2. psp, a 1 . pułk strzelców podhalańskich zajął fort nr III, a potem Grodno. W ten sposób w zamkniętym kole nasz pułk otrzymał satysfakcję (...). Pobyt pod Oszmianą był dla wszystkich prawdziwym wypoczynkiem. Niektórzy oficerowie otrzymali nawet urlopy. W trakcie mego pobytu tam zostałem jako prawnik uproszony do obrony przed sądem polowym por. Kazimierza Tutaka, który miał sprawę o to, iż uderzył w twarz nieposłusznego żołnierza. Kodeks przewidywał karę od trzech dni aresztu domowego do trzech lat więzienia. Obrona była widocznie dobra, bo porucznik otrzymał tydzień aresztu domowego. Z początkiem listopada nadeszło zawiadomienie z dowództwa pułku, iż wpłynęły odznaczenia. Zażądano wniosków. Na mój batalion wypadły tylko 3 "Virtuti Militari" i 15 Krzyży Walecznych. Podałem więc wniosek na "VM" dla por. Stanisława Juszczakiewicza, por. Marcelego Kiedrzyńskiego i por. Władysława Kumora. Innych podałem do Krzyża Walecznych. W dowództwie pułku odrzucono mój wniosek dla por. Kiedrzyńskiego, a "VM" przyznano mnie, jako dowódcy batalionu, który szczególnie się odznaczył w ostatnich tygodniach wojny. Przysłany mi Krzyż Srebrny Orderu "Virtuti Militari" odesłałem dowódcy pułku z oświadczeniem, iż zrzekam się go na rzecz mojego brata śp. ppor. Bronisława Ducha, który w 1919 roku zginął pod Magierowem i żadnego odznaczenia dotychczas nie otrzymał, mimo iż miał wiele wybitnych czynów wojennych (...). Wniosek został uwzględniony. Dalszy pobyt w rejonie Oszmiany nie przyniósł nam już nic ciekawego. Otrzymawszy czterotygodniowy urlop, wyjechałem do Nowego Sącza, gdzie wynająłem pokój w domu przy ul. Kunegundy 15 (...). Na początku grudnia 1920 roku 1. pułk strzelców podhalańskich przyjechał z frontu do Nowego Sącza. Mój batalion został rozmieszczony na linii Biegonice - Stary Sącz - Barcice. Dowództwo batalionu stacjonowało w Starym Sączu. Otrzymałem kwaterę w domu adwokata Scheyera, ojca Ady Sari. Po niewygodach wojennego życia wróciłem do pewnego komfortu (...)". Nota biograficzna autora wspomnień. Kazimierz Duch (1890-1954), podpułkownik WP, działacz niepodległościowy, prawnik, polityk. Urodził się 4 marca 1890 roku w Grębowie jako syn Grzegorza i Józefy Małeckiej. Absolwent II Gimnazjum w Nowym Sączu (1910 r.), doktor praw UJ (1919 r.) i absolwent Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie (1924 r.). Podczas I wojny światowej służył w 20. galicyjskim pułku piechoty walcząc na froncie rosyjskim, gdzie dostał się do niewoli, a po ucieczce z niej, na froncie włoskim nad Piawą. Należał do konspiracyjnej organizacji "Wolność'. W Wojsku Polskim służył od listopada 1918 do października 1926 roku, m.in. podczas wojny na froncie ukraińskim w 1919 roku i na froncie bolszewickim w 1920 roku (najpierw w Sądzie Polowym Grupy "Pokucie", a następnie jako dowódca 6. kompanii, a potem II batalionu 1 . pułku strzelców podhalańskich). Od listopada 1926 do grudnia 1927 był starostą sądeckim, do października 1929 wicewojewodą krakowskim, od 1930 roku posłem na Sejm RP, w latach 19311933 wiceprezydent m. Krakowa, potem wiceministrem opieki społecznej, a od 1938 roku senatorem z okręgu krakowskiego. Podczas okupacji od listopada 1939 roku brał czynny udział w tajnym nauczaniu. Po zakończeniu II wojny światowej pracował na Politechnice Krakowskiej. Zmarł 23 listopada 1954 roku w Krakowie i pochowany został na cmentarzu Rakowickim. Odznaczony był m.in. Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznych i Orderem Odrodzenia Polski. Awanse oficerskie: podporucznik 1916, porucznik 1918, kapitan 1920, major 1924, podpułkownik 1939. Był żonaty ż Różą Muller, z którą miał syna Romana.Notę biograficzną sporządzono na podstawie artykułu Jerzego Gizy pt. Sądecka gałąź rodziny Duchów zamieszczonego w "Almanachu Sądeckim" nr 2 (11) 1995. |